Skoczek

Rozdział II


Czego się boisz?



   Eren wyszedł z komisariatu policji, otwierając sobie drzwi kopniakiem. Był już późny wieczór. Pół dnia. Zmarnował całe pół dnia, siedząc przed irytującym policjantem i odpowiadając na pytania, a teraz jeszcze musiał wrócić do domu na pieszo. Znowu. Jego motor został zatrzymany, żeby można było coś tam w nim zbadać. Eren modlił się cicho, żeby przestał działać, bo przy takich zniszczeniach podejrzane by było, gdyby nadal mógł normalnie jeździć.
   – Ej, młody!
   Odwrócił się i zobaczył Sheię, wyglądającą z okna pasażera w samochodzie, zaparkowanym przy krawężniku. Za kierownicą siedział jakiś mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych, pewnie jej kumpel albo chłopak, który razem z nią studiował. Eren stracił już rachubę w liczeniu facetów, którzy się z nią zadawali. Jego licznik zatrzymał się po setce.
   – Co robiłeś na posterunku? – zapytała złośliwie, ale jej ostry głos był słabszy przez zmęczenie. – Złapali cię wreszcie na handlu narkotykami?
   – Gdyby mnie złapali, to chybaby już nie puścili – rzucił Eren. – Poza tym gdybym rzeczywiście handlował, tobym się nie dał złapać. Nie jestem taki głupi. I nie handluję, wielkie dzięki.
    – No ale wyglądasz, jakbyś to robił – stwierdziła Sheia. – Nie chciałabym spotkać gościa takiego jak ty w jakimś ciemnym zaułku. Członek mafii czy jakiegoś gangu i w ogóle... Czemu wracasz na pieszo, a nie tym swoim głupim motorem?

Skoczek

Rozdział I


Wędrowiec (nie)idealny



   Eren uznawany był za idealnego, gdziekolwiek by się nie pojawił. W szkole miał najlepsze ze wszystkich oceny i był mądrzejszy od niemal wszystkich swoich kolegów razem wziętych, a nauczyciele wprost go kochali. Urodę odziedziczył po matce, która grała w wielu filmach i była wspaniałą modelką, zaś umysł miał po ojcu architekcie, który zbił majątek na swej pracy. Nie było nikogo, kto byłby w stanie dorównać jego zwinności i szybkości. A pomimo oczywistej fortuny swych rodziców, zarabiał sam na siebie. Łatwo więc było mówić o nim, jako o idealnym.
   On nie uważał się za takiego w żadnym calu. Zamknięty w sobie, analizował siebie w swoim umyśle i każdy kolejny puzzel tej układanki mówił mu, że całe jego otoczenie się myli. Każda kolejna część przedstawiała go w coraz bardziej ciemnym świetle, aż w końcu to światełko gasło, pozostawiając go w mroku.
   Spojrzał na sprawdzian, który nauczyciel położył na jego ławce i kolejny puzzel wskoczył na swoje miejsce. Najwyższa ocena, ani jednego błędu. Dostał nawet więcej punktów, niż było przewidywane, bo nauczyciel pochwalił jego mocno rozwinięte wypowiedzi, które były niezwykle trafne.
   Znowu oszukiwałeś, odezwało się jego sumienie, wciąż usiłując z nim walczyć. Było niezwykle wytrwałe, skoro pod tą masą okropności nadal żyło i miało się dobrze. Jesteś oszustem. Okropnym, parszywym oszustem. Gdybym był rzeczywistą osobą, nigdy bym się do ciebie nie zbliżył. Brzydzę się tobą. Tyle było osób na świecie, a ja musiałem trafić akurat na ciebie. Okropność.

Skoczek



Prolog



   Mężczyzna stał ukryty w cieniu, opierając się o drzewo, a jego uszy drżały lekko, kiedy próbował nastawić się na słuchanie odpowiedniej częstotliwości. Nie było wątpliwości, że nie był to normalny człowiek, o ile w ogóle był człowiekiem. Część jego twarzy pokrywały czarne tatuaże, układając się w dziwne wstęgi. Gdyby zdjąć jego płaszcz, zapewne i na rękach można by dostrzec podobne znaki. To był jakiegoś rodzaju kod, ale sam mężczyzna nie był pewien, co ów kod o nim mówi.
   Nagle zamarł i otworzył dotąd zamknięte oczy, które błysnęły w mroku niesamowitą zielenią. Rozejrzał się uważnie dookoła, po czym utkwił wzrok w czymś, czego normalnie nie mógłby zobaczyć. Właściwie to wciąż tego nie widział, jedynie dodatkowy zmysł mówił mu, że właśnie tam coś jest. A przed nim zmaterializowała się dziewczyna, jakby powietrze ją utkało z samego siebie. Jej twarz również znaczyły ciemne wzory, takie same, jak u mężczyzny. Ten zaś odetchnął z ulgą, widząc ją. A raczej ciesząc się, że nie widzi kogoś innego.
   – Ziena mówi, że ich nie znalazła – odezwała się dziewczyna cicho, a mężczyzna przytaknął, dając do zrozumienia, że zrozumiał jej słowa. Wyglądał na nieco zasmuconego otrzymaną wiadomością.
   – Kolejny pusty zaułek – odezwał się szeptem tak cichym i melodyjnym, że mógłby być podmuchem wiatru. Jego głos niósł w sobie pewnego rodzaju magię, nieuchwytną jednak dla nikogo innego. – Może następnym razem nam się poszczęści. Ale musimy być ostrożni. Ktoś nas śledzi. Czuję to.

Obrońcy Światła

Rozdział XII


Świat Lustro



   Mijał pędem drzewa, starając się nie zderzyć z żadnym z nich, co w ciemności było trudne. Jego wyczulone zmysły pozwalały mu jednak w odpowiedniej chwili zrobić unik i skierować się z powrotem na dobrą drogę, gdyby przypadkiem z niej zboczył. Łapy uderzały cicho o ziemię usłaną jesiennymi liśćmi. Nawet jego uszy ledwo wyłapywały ten dźwięk, a słuch miał teraz nadzwyczajny. Nigdzie w pobliżu nie wyczuwał żywej duszy.
   Przed świtem. Tyle miał czasu. Musiał jak najszybciej dotrzeć do Viride i jeszcze szybciej sprowadzić kogoś stamtąd do Miasta Kwiatów. To nie było łatwe zadanie, dla nikogo nie mogło być łatwe.
   „Ale bez smoków", powiedział mu ojciec, zanim Ethereal wyruszył w drogę. „Tego dnia pojawiły się już dwa i było to zdecydowanie o dwa za dużo. Zdaj się na wilka. Albo tygrysa. Może jelenia albo jakiegoś konia. Ale na nic wielce wyjątkowego".
   Nawet gdyby nie dostał tego ostrzeżenia, nie zamierzał znów nakładać smoczej skóry. Wystarczyło jedno takie doświadczenie i już wiedział, że więcej tego nie zrobi. Dlatego też pozostał wilkiem, bo zamiana w wilka szła mu najłatwiej.
   „Nie pędź na łeb, na szyję, bo wtedy z pewnością nie zdążysz. Biegnij, ale niezbyt szybko. Dotrzesz do wioski później, ale przynajmniej dotrzesz, a nie padniesz ze zmęczenia gdzieś w połowie drogi".