Obrońcy Światła

Rozdział XXI


Przymierze Obrońców Światła


— Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? — zapytał po raz dziesiąty Thin, a Ignea westchnęła z niechęcią, opierając się o barierkę statku. Po zamieszaniu z demonami strasznie bolała ją głowa i co jakiś czas przed oczami pojawiały się obrazy, których nie chciała oglądać, ale nic nie mogła na to poradzić. Nie potrzebowała się też tym aż tak przejmować, dopóki miała inne problemy do rozwiązania. Potem może się pomartwić.

— Tak, chcę to zrobić. Trzeba znaleźć Upadek w porcie i pogadać z kapitanem. Popłynę na Evvanę, znajdę tę całą Kserilline i nauczę się głupiej magii.

— Skoro chcesz się jej uczyć, to raczej nie jest taka głupia — zauważył z rozbawieniem Thin, ale szybko się skulił, kiedy napotkał jej spojrzenie. — Tylko żartowałem! To... kiedy zamierzasz wypłynąć? Ledwo co przyjechałaś.

— Chyba niedawno powiedziałam ci coś podobnego — mruknęła Ignea, uśmiechając się drwiąco, ale jej uśmiech niemal natychmiast zbladł. — Ty nie płyniesz, prawda? Jesteś przecież uziemiony... e, znaczy na wózku i jeszcze masz szlaban, więc...

— Mam tutaj za dużo pracy, żeby wybierać się w samobójczy rejs przez Ocean Rozpaczy — prychnął, odsuwając się wózkiem od barierki i jadąc w stronę steru. — Zresztą sama widzisz. Ten statek to jeszcze złom. Potrzeba wiele pracy, żeby można było go ruszyć z miejsca. Jakbym go teraz zwodował, to pewnie by zatonął i cała ta robota przy jego składaniu poszłaby na marne.

Ignea podejrzewała, że statek bez problemu mógłby popłynąć, ale nie wypowiedziała tej myśli na głos. Thin miał skłonności do przesady, jeśli chodziło o jego wynalazki. Zanim przetestował latającą deskę, poprawiał ją dwadzieścia razy i chciał jeszcze wiele razy to zrobić, ale Ignea mu ją w końcu wyrwała i sama sprawdziła, czy działa dobrze, czy też raczej źle.

Thin nie kłamał i rzeczywiście miał w swoim warsztacie pełnowymiarowy Szybujący Statek. Brakowało mu kilku skrzydeł, które leżały zwyczajnie na podłodze. Z góry wyglądały jak wykałaczki, z podoczepianymi kwadracikami z plastiku, ale gdy zeszło się bliżej, były wielkości starych, powalonych na ziemię drzew. Nie mówiąc już o wielkości samego statku, który spokojnie mógłby zmiażdżyć dwa budynki wielkości ratusza z Miasta Kwiatów.

Wyjaśnił jej, narzekając strasznie przy okazji, że kiedyś był to jeden z magazynów do przechowywania żywności, ale po wylaniu rzeki nikt już go nie chciał, więc diablik wykupił go i przerobił na kolejne odgałęzienie swojego warsztatu. Ignea podejrzewała, że jej kuzyn kupował wiele niechcianych budynków. Gdyby z jakiegoś nagłego wypadku wszyscy mieszkańcy musieli opuścić miasto, je zapewne też by wykupił. Biorąc pod uwagę, ile miał pieniędzy za zlecenia dla bogaczy z okolicy, byłoby go na to stać.

— Evv twierdzi, że powinienem pokolorować żagle — odezwał się Thin, wskazując na białe płaty materiałów, powieszone na masztach. — Bo to wygląda nudno, kiedy są w jednym kolorze i to takim podstawowym. Ale mnie się nie chce ich zdejmować, szukać miejsca na ich rozłożenie, a potem jeszcze malowanie misternych wzorów, które by się jej spodobały... Cały czas na to narzeka.

— Ja ci nie pomogę — prychnęła. — Zaciągnij sobie do pomocy któregoś z Theryferów. Albo Vola. Raczej nie mają co robić, a przynajmniej ci się odpłacą za to, że pozwalasz im u siebie nocować.

— Ta, już zaczęli po sobie sprzątać — mruknął z niezadowoleniem Thin. — U mnie wszyscy zawsze zostawiali bałagan. A oni sprzątają. To jakieś nienormalne! Roboty sprzątające nie mają co robić. Jak tak dalej pójdzie, to się dezaktywują, a ja będę musiał poświęcić miesiące, żeby je znaleźć i z powrotem włączyć! Przecież do tego czasu cały mój dobytek zmieni się w pokryty kurzem złom!

— Może po prostu im powiedz, żeby nie sprzątali, bo ci zniszczą warsztat? Jestem absolutnie przekonana, że zrozumieją — dodała z wrednym uśmieszkiem, a Thin chyba nie wyczuł sarkazmu, bo zrobił zamyśloną minę i zaczął przytakiwać własnym myślom, jakiekolwiek by one nie były. Ignea westchnęła i odepchnęła się od barierki, po czym podeszła do masztu.

Spojrzała w górę, gdzie wysoko, niemal pod samym sufitem, umieszczone było bocianie gniazdo. Ręce ją świerzbiły, żeby wspiąć się po maszcie, wcisnąć się do tego małego koszyka i stamtąd obejrzeć sobie cały świat. A w każdym razie tę część warsztatu, w której się znajdowali. Podejrzewała, że dach można było otworzyć, ale nie znalazła nigdzie żadnej dźwigni, która mogłaby do tego służyć, a kuzyn zbył to pytanie machnięciem ręki.

— Wciąż ci w głowie te wyczyny — prychnął Thin, widząc, jak wpatruje się w sufit, mrużąc oczy. Zamrugała i odwróciła się do niego. Potrząsnął głową, a ona skrzywiła się, widząc jego ułamany róg. — Naprawdę, myślałem, że po tym wszystkim chociaż trochę zmądrzałaś.

— Raczej najadłam się jeszcze więcej szaleju — stwierdziła nieco melancholijnie i uśmiechnęła się, widząc wybałuszone oczy kuzyna. — W końcu sam twierdziłeś, że fiorzy w żałobie stają się szalonymi psychopatami. Nie zrobiłeś tutaj szczebli drabiny! Czemu nie zrobiłeś szczebli drabiny, skoro zrobiłeś bocianie gniazdo?

— Wiesz, zamierzałem jeszcze... ej, zabraniam ci! — warknął natychmiast, widząc, że Ignea już przymierza się do rozpoczęcia wspinaczki. — Nie wejdziesz na górę! Spadniesz i połamiesz sobie wszystkie kości! Poza tym, bocianie gniazdo też jeszcze nie jest skończone. Jeden błędny ruch i mi je zniszczysz.

— Thinervisie „Czarna Myśl" Eartlie, gdybym to ja...

Przerwał jej straszliwy pisk, na który oboje się skulili, przy czym Thin o mało co nie wyskoczył ze swojego wózka. Evv wpadła na pokład, podskakując radośnie i od razu rzuciła się z otwartymi ramionami w stronę Ignei, która nie zdążyła się uchylić i wylądowała w niedźwiedzim uścisku.

— Tak bardzo, bardzo, bardzo się cieszę! To takie wspaniałe! Piękne, cudowne! Idealne!

— Dusisz mnie! — warknęła Ignea, próbując się wyrwać, ale Evv nie była tak słaba, na jaką wyglądała. Albo to po prostu Ignei brakowało sił po przejściach z demonem. Powinna znów zacząć ćwiczyć.

— Przepraszam! — pisnęła natychmiast Evv, puszczając ją w końcu, a Ignea odetchnęła głęboko, ciesząc się faktem, że jej płuca wciąż są całe. — Po prostu tak bardzo się cieszę! Właśnie dostałam wiadomość, od znajomego znajomej, który pracuje w urzędzie i zawsze ma uszy szeroko otwarte. Znaczy oczy. I nastawione uszy. Czy jak to się mówiło. W każdym razie dzisiaj przyszedł do nich tam jakiś list. Mirianie, razem z pozostałą w Mieście Kwiatów armią odparli ataki ludzi! Co prawda duża część miasta jest zniszczona i wiele osób umarło, co nie jest szczęśliwe, ale nie ma szansy, żeby ludzie więcej razy zaatakowali. Resztki ich oddziałów wycofują się do Krain Pokoju. Czy to nie cudownie?

— Ee... nie chcę zabrzmieć jak pesymista, ale czy to aby nie za szybko? — zapytał Thin sceptycznym tonem, a obie dziewczyny wbiły w niego złe spojrzenia. — Nie, żebym wątpił w skuteczność armii. Albo mirianów. Ba, w ich skuteczność nigdy bym się nie poważył wątpić, po tym, co... nieistotne zresztą. Ale tak czy inaczej, wciąż wydaje mi się, że to za mało, żeby tak szybko rozprawić się z problemem.

— Z problemem demonów rozprawiono się w jedną noc — zauważyła Ignea, opierając się o maszt, a drewno podejrzanie zatrzeszczało pod jej ciężarem, czego nie powinno było robić. Jednak ona zignorowała ten fakt. — Może też znaleźli jakiś mały szczegół, który w jedną chwilę unicestwił tych wszystkich ludzi zmienionych w maszyny.

— Zamienionych... w maszyny — powtórzyła Evv, nagle drętwiejąc. Gdyby jej skóra nie była śnieżnobiała, zapewne teraz by zbladła. Thin też zauważył jej szybką zmianę nastroju i zareagował.

— Nie w taki sposób! Nie tak. To zupełnie coś innego, nie... nie powinnaś się tym przejmować. To jest coś innego. Innego. Ręczę za to swoim ogonem!

— To ja chyba pójdę się przebrać — prychnęła Ignea, wskazując na biały fartuch, który zabrała z pracowni kuzyna, ponieważ nie miała zbyt wielkiego wyboru. — Wyglądam jak jakiś laborant, a ja nie powinnam wyglądać jak laborant! Poza tym muszę jeszcze znaleźć Finena, bo mi ostatnio ględził nad głową, że nie dbam o swoje zdrowie.

— Też mi odkrycie — mruknął pod nosem Thin, a na głos zapytał: — Myślałem, że ignorujesz takie wypowiedzi.

— Dodał, że jak do niego nie przyjdę, to pewnie mi serce się trzeci raz zatrzyma — dopowiedziała, a kuzyn wytrzeszczył na nią oczy ze zdumienia.

— Jak to trzeci?! Co... kiedy był drugi?

— Demony mają beznadziejny wpływ na ciało. W sumie sam jesteś tego dowodem, jakby nie patrzeć. Byłeś nieprzytomny wtedy. A ja byłam wtedy martwa, ale teraz jeszcze to czuję. Paskudne uczucie, jakby mi ktoś wykroił coś ze środka. To ja lecę poszukać marudy. Powodzenia przy żaglach!

— Więc jednak chcesz pomalować żagle! — rozpromieniła się znów Evv, a Ignea powstrzymała chęć przewrócenia oczami. U tej dziewczyny najwyraźniej emocje zmieniały się co sekundę. Jej uczucia jednak nie były w tym jakoś wiele lepsze, więc postanowiła nie wypowiadać tych myśli.

Zsunęła się na dół po jednej z lin, które były zaczepione właściwie wszędzie, co było o wiele szybsze od schodzenia po schodach albo po rusztowaniu. Ominęła skrzydło, leżące jednym końcem na ziemi, które ledwo trzymało się na swoim miejscu i ruszyła do wyjścia.

Mogła wyjść niewielkimi drzwiami, które prowadziły na ścieżkę przy rzece albo pójść tunelem umieszczonym pod rzeką, którym Thin połączył swój warsztat z tym i kilkoma innymi magazynami. Sam uważał, że szklane tunele — miał zdecydowanie zbyt dużo szkła, co mógł potwierdzić każdy, kto go odwiedził — są nieco klaustrofobiczne i w jakiś sposób go przytłaczają, ale Ignea tego nie czuła. Może dlatego, że lubiła niebieski. Albo też, jako osoba bojąca się ognia, czuła się w wodzie doskonale, nawet jeśli miałaby tam utonąć. Zawsze lepiej było utonąć niżeli spłonąć.

Wybrała więc tunel, którym tutaj przyszli. Właściwie to tunel, którym przyszła sama, pchając ze sobą wózek z narzekającym Thinem. Jego ogon bywał naprawdę irytujący, aż miała ochotę go znów przydepnąć, ale nie była aż tak wredna. Odetchnęła głęboko i zeskoczyła do tunelu, gdzie ogarnęła ją błękitna poświata bijąca od rzeki.

Dno było pełne kamieni najróżniejszych kształtów. Niektóre były malutkie i urocze, przepływające w pobliżu ryby zabierały je w pyszczki i wypluwały po kilku metrach w sobie tylko znanych celach. Inne były ogromne, ostre i niebezpieczne, wyglądały jak wyciągnięte z głębin piekieł i ostudzone wodą. Biorąc pod uwagę mieszkańców miasta, mogła to być prawda, w końcu trudno było tam nie trafić na jakiegoś diablika czy tihai.

Jedna z ryb podpłynęła do szkła i zaczęła w nie stukać łebkiem. Ignea uśmiechnęła się do niej krzywo i ruszyła dalej, z pewną przyjemnością słuchając, jak jej buty uderzają w szkło, a dźwięk ten rozchodzi się echem po korytarzu. Miała wrażenie, jakby ktoś powtarzał jej kroki, idąc razem z nią, ale kiedy się obróciła, widziała tylko swój własny cień, falujący jak woda, przez którą przebijało się światło.

Wcisnęła ręce do kieszeni i poszła dalej, naburmuszona, wytykając sobie w myślach własną głupotę. Minęło zaledwie kilka dni, nie więcej, a ona wciąż miała wrażenie, że to się nie wydarzyło. A może po prostu chciała mieć taką nadzieję, że kiedy wróci do swojego domu, po kolejnej bezsensownej wyprawie, wszystko będzie znowu takie samo. Że ojciec znów będzie się chował za swoją gazetą, unikając niechcianych rozmów. Że Ethereal zacznie okupować kuchnię i zżerać wszystkie zapasy, a kiedy to wszystko mu się skończy, ogłosi kapitulację. Ale tak już nie będzie i myśląc o tym, oszukiwała tylko samą siebie.

— Niekoniecznie.

Cichy głos dotarł do jej uszu, a choć był to zwykły szept, odebrała go, jakby to był krzyk. Odwróciła się gwałtownie, gotowa się bronić, atakować a w ewentualności przygotować się na taktyczny odwrót, ale wciąż była zupełnie sama w tunelu. Nastawiła uszu, ale poza szumem wody i jej własnym oddechem, nie było słychać absolutnie niczego. Cofnęła się niezdarnie, chociaż przed sobą widziała tylko tunel.

— Kto tu jest? — zapytała drżącym głosem, przeczesując wzrokiem otoczenie. Przez szklane ściany powinna zauważyć każdego. Może to Vol znów bawił się zaklęciem niewidzialności? Ale jego by usłyszała, poza tym chłopak chwilowo nie mógł używać swoich strun głosowych...

Nikt jej nie odpowiedział, jedyny dźwięk wydawała wciąż ta sama ryba, stukając w ścianę. Ignea jeszcze przez chwilę stała w bezruchu, wypatrując jakiejkolwiek istoty w pobliżu, żywej lub martwej, która mogłaby ją zaatakować, ale nic się nie działo. Wszystko wyglądało zadziwiająco normalnie.

Powoli opuściła ręce, które już zdążyła złożyć w pięści, żeby być gotową do walki. Rozejrzała się jeszcze raz, ale w tunelu nie było nikogo poza nią. W rzece pływały tylko ryby. Nigdzie żadnych wrogów, demonów, duchów, żołnierzy, nic.

„Chyba zaczynam mieć lekką paranoję", pomyślała, odwracając się i ruszając w stronę warsztatu szybkim krokiem. „Pod wodą nie ma żadnych strasznych potworów. To nie jezioro. Nie ma duchów. To nie świątynia. Nie ma demonów, bo one zostały wypędzone... chyba. Nie! Na pewno! Ale w rzece może przecież coś być...".

Z chęcią weszła do tunelu, ale teraz, narażona tylko i wyłącznie na własne myśli, uznała, że to był najgorszy pomysł, jaki mógł jej przyjść do głowy. Zapłakała więc niemal z ulgi, gdy zobaczyła wreszcie wyjście i drabinkę prowadzącą do warsztatu kuzyna. Wspięła się po niej i z radością rozłożyła na drewnianej podłodze jednego z laboratoriów kuzyna. Wpatrzyła się w metalowy sufit, oddychając ciężko. Nie była nawet pewna, kiedy serce zaczęło jej bić aż tak szybko.

„Tak, to z całą pewnością paranoja. Powinnaś się trochę ogarnąć". Westchnęła jednak tylko. Co miała niby zrobić w takiej sytuacji? Zamknąć się w jakimś pokoju albo schowku na szczotki i czekać, aż jej przejdzie? Coś takiego raczej się nie uda. Udać się do psychologa? Pewnie by ją zasypał bezsensownymi radami, jak zawsze robią. Wiedziała to z doświadczenia. Może powinna się wygadać komuś? Czego raczej nie zrobi, bo jedyną osobą, przed którą mogła się normalnie wygadać, był jej brat.

Nie zdążyła się porządnie nastawić na ten temat, zapałać rządzą zemsty, zrozumieniem, ani niczym innym, bo w tej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie. Poderwała się z podłogi jak oparzona i niemal natychmiast na nią wróciła, kiedy uderzyła głową w wiszący niespodziewanie nisko żyrandol. Zabolało.

— O rany, przepraszam! — zawołał Finen, podając jej rękę i pomagając się podnieść. Natychmiast zaczął oglądać jej głowę, a ona powstrzymała gwałtowną chęć, żeby go wepchnąć na stojący w pobliżu stolik. Nienawidziła, kiedy ktoś podchodził aż tak blisko bez jej zgody, ale w końcu ten chłopak był w jakiejś części uzdrowicielem i wykonywał swoją pracę. Mimo to rozluźniła się, dopiero kiedy się odsunął. — Wygląda na to, że nic ci nie będzie. Od uderzenia. Co do drugiej sprawy, mam... mamy wątpliwości. Tercea pokazała nam wyniki badań i teoretycznie wszystko jest dobrze...

— Jeśli zamierzasz krążyć wokół tematu, to skończ — powiedziała Ignea, potrząsając lekko głową. Finen zmieszał się.

— Chodzi o to — odezwał się beznamiętnym tonem Rever, zwracając na siebie uwagę — że, chociaż wszystkie wyniki były pozytywne, w czasie badań coś się zacięło.

— Cóż, maszyny zawsze się zacinają — mruknęła Ignea, wzruszając ramionami. — To nic wielkiego.

— To nie komputery się zacięły, tylko twoja próbka. To już jest coś dziwnego i niezbyt normalnego w naturze, więc zapewne rozumiesz, dlaczego możemy mieć wątpliwości co do samych wyników.

— A. I chcecie kolejnej próbki — zrozumiała w końcu. — Jasne, możecie brać. I tak mam za dużo włosów na głowie. — Powiedziała, łapiąc jeden ze swoich loków w palce i obracając go kilka razy, po czym pozwoliła mu wrócić na swoje miejsce, gdzie znów zmienił się w sprężynę. — A krwi raczej mi starczy, żeby przeżyć, więc nie ma problemu.

— Tyle że to nie jest to, o co nam teraz chodzi — wtrącił się znowu Finen, ruszając w stronę drzwi i wyraźnie dając do zrozumienia, że chce, żeby Ignea poszła za nim. Westchnęła ciężko i zrobiła to. — Oczywiście moglibyśmy wziąć kolejną próbkę i ją sprawdzić, ale to wciąż nam nic nie da. Bo wyniki prawdopodobnie wyjdą te same.

— Może po prostu pójdę do miejscowego szpitala — prychnęła, chowając ręce do kieszeni. — Jestem absolutnie pewna, że tamtejsi lekarze nie będą gadać w taki sposób, jakby nie mieli nic do powiedzenia.

— Chcieliśmy tylko sprawdzić, czy aby na pewno wszystko z tobą w porządku, ale wygląda na to, że masz się świetne — stwierdził kwaśnym tonem Finen, a Ignea skrzywiła się. To nie do końca była prawda, ale nie zamierzała zaprzeczać. — Tak czy siak nagłe zamarcie próbki to dość niepokojące zjawisko i wolelibyśmy to lepiej sprawdzić. O ile nie masz nic przeciwko — rzucił szybko, unosząc ręce w geście niewinności. Ignea wzruszyła ramionami.

— Nie spieszy mi się zbytnio na drugą stronę, więc raczej nie. — Po czym zmrużyła podejrzliwie oczy. — W granicach rozsądku. Jak choćby spróbujesz posunąć się za daleko, wykręcę ci rękę. A to boli, możesz zapytać brata.

— Revera? ON ci coś zrobił?!

— Tego aroganckiego.

— A, mówisz o Ariventisie. Fakt, bywa arogancki. I to bardzo. W prawie każdej sytuacji... Więc mówisz, że wykręciłaś mu kiedyś rękę? Czym sobie zasłużył?

— Powiedział trochę zbyt dużo — oznajmiła, szczerząc zęby w stronę uzdrowiciela. Nie zamierzała zdradzać niczego więcej, a Finen chyba to zrozumiał, bo nie dopytywał się.

Żadna winda nie przyjechała po nich, a w każdym razie żadnej nie było widać. Szli powoli korytarzem w milczeniu, a Ignea wykorzystała okazję, żeby się dokładniej wszystkiemu przyjrzeć. Właściwie same korytarze nie były czymś niezwykłym, wszystko zrobione z drewna. Posplatane ze sobą gałęzie różnych drzew cicho mruczały, gdy się po nich stąpało. Między nie wplecione były kawałki metalu, ale nic nie wskazywało na to, by roślinom one przeszkadzały. Cokolwiek Thin zrobił, wiedział, jak powinien to zrobić. Co jakiś czas w ścianach pojawiały się okna, zupełnie nieprzeszklone, tak że wiatr mógł wpadać do środka. Dziewczyna zastanawiała się, jak jej kuzyn radzi sobie, kiedy przychodzi pora Wietrzna. Musiał wtedy łapać naprawdę często grypę albo nie przychodzić do warsztatu.

Tercea wychyliła się zza drzwi jednego z wielu laboratoriów i spojrzała na Igneę, która potrzebowała całej siły woli, żeby się nie skrzywić. Nie chodziło o to, że Tercea była chłodna – do chłodnych osób łatwo było się przyzwyczaić – ani o to, że była w połowie robotem – Ignea widziała już dziwniejsze rzeczy.

Te jej oczy, jedno czarne, drugie mechaniczne i wykonane z jakiegoś białego metalu, były przerażające. Jakby to nie normalny śmiertelnik spoglądał, tylko jakiś bóg, który przypadkiem upadł z niebios i teraz szuka próby ucieczki ze strasznego świata, do którego wpadł. I nic nie powstrzyma go przed osiągnięciem celu.

Tercea mrugnęła i owo dziwne niepokojące uczucie opuściło Igneę.

— Dzień dobry — powitała ją tak samo suchym głosem, jak za każdym razem. Innego tonu raczej nie umiała używać. — Mam nadzieję, że powiedzieli ci, o co chodzi. Ja nie mam za bardzo czasu. A Thin bardzo byłby na nas zły, gdybyśmy przypadkiem ci coś zrobili. Jakby nie patrzeć, to jest jego dom.

— Myślałam, że wasz wspólny — zauważyła Ignea, marszcząc brwi. Tercea pokręciła głową.

— To jest jego dom — powtórzyła tylko i zniknęła w środku.

Ignea spojrzała na zdziwionego Finena, potem na Revera, którego twarz też wyglądała jak u jakiegoś robota wypranego z uczuć. Wzruszyła ramionami i weszła za Terceą do pokoju, zostawiając dwóch Theryferów samym sobie.

Pomieszczenie wyglądało właściwie podobnie jak poprzednie laboratorium, w którym była. Pełno stolików, na których porozmieszczane były najróżniejsze urządzenia i cała góra szklanych fiolek, wypełnionych kolorowymi substancjami. Przy jednej ze ścian ustawione były komputery, które trzeszczały cicho, a po ich ekranach przewijały się dane, zapisane tycią czcionką. Jednak w przeciwieństwie do innych pokoi, tutaj podłoga była całkowicie metalowa.

— Jak nie chcecie mi pomagać, poradzę sobie sama — powiedziała Tercea, nawet nie odwracając się w stronę wchodzącego Finena.

— Też jesteś uzdrowicielką? — zapytała z ciekawością Ignea, siadając w wolnym fotelu. Tercea prychnęła, wydając z siebie dźwięk, który w normalnych warunkach można by było uznać chyba za śmiech.

— Nie. Praktyki uzdrowicielskie są ograniczone, bo zakłada się, że tylko czysto naturalne składniki są w stanie poradzić sobie z chorobami i ranami. Poza tym ich nauki wymagają, żeby wszyscy byli takimi dobrymi duszyczkami, które nigdy nie zabiją świadomie żadnego żywego stworzenia, choćby i to zabijało ich, co jest zupełnie bez sensu. Ja zrobiłam doktorat z medycyny. I z chemii. Można więc mnie uznać za lekarza.

— Zdaję sobie z tego sprawę. Dlatego też zdobytą wiedzę uzupełniłam o chemię. Podstawy fizyki. Pięć kursów na temat pierwszej pomocy, sześć ze znawstwa budowy fizycznej istot nazywanych myślącymi inaczej Cadryal. Poznałam też podstawy wiedzy uzdrowicielskiej. Trochę wiedzy weterynaryjnej, ale ona nie była mi za bardzo potrzebna ani wielce ciekawa.

— Zdążyłaś zrobić to wszystko? — zdziwił się Rever, który zupełnie nie podzielał złości starszego brata, tylko wpatrywał się w Terceę z zaciekawieniem. — Nie, żebym zamierzał wątpić w umiejętności kogoś takiego jak ty. Po prostu to wiele rzeczy i często zajmują wiele, wiele lat.

— Sześć i pół — odpowiedziała beznamiętnie Tercea. — Z wyjątkiem doktoratu z medycyny. Zrobiłam go przed wypadkiem.

Ostatnie słowo wypowiedziała takim tonem, z tak mocnym naciskiem, że nikt nie odważył się zadać kolejnego pytania. Ignea domyślała się, że ów wypadek miał coś wspólnego z tym, iż teraz dziewczyna jest cyborgiem, ale nawet ona miała tyle taktu, by nie mówić tego na głos.

— No ale nie o mnie tutaj mieliśmy rozmawiać — odezwała się po chwili ciszy Tercea, odwracając się, a Ignea się skrzywiła, kiedy te dziwne oczy skierowały się prosto na nią. — Jak na fiora wyglądasz normalnie. Chociaż przydałoby ci się więcej masy, bo przypominasz chodzącego kościotrupa. Nawet jeśli u was to jest prawie normalne, to wciąż zostaje to prawie.

— To wszystko? — zapytała Ignea, krzyżując ręce i zakładając nogę na nogę. — Tyle to i ja zauważyłam. Demon mnie trochę wypalił. Trochę całkiem dosłownie.

— To nie jest wszystko. Muszę zbadać tętno, ciśnienie, bicie serca. Twoją motorykę, wypytać o samopoczucie. Przeskanować cię i to dokładnie, bo skany samego komputera bywają niedokładne. Sprawdzić słuch, węch, wzrok...

— Dobra, załapałam. Dużo badań. Lepiej zacznij je już robić, bo trochę mi się spieszy. Muszę jeszcze znaleźć Upadek i pogadać z jego kapitanem.

— Upadek? — zdziwiła się Tercea, łapiąc za jakiś podejrzanie wyglądający ekran zwieszający się z sufitu, którego Ignea wcześniej nie dostrzegła. Zostawiła go nad fotelem i odwróciła się w stronę stolika wypełnionego chemikaliami. — Ten czarny ponurak, który ostatnio tylko cały czas stoi w porcie i nigdzie nie wypływa? Evv mi o nim mówiła. Nie spodobała jej się załoga.

— Chcę się dostać do Evvany, a nie umawiać na randkę — prychnęła Ignea, pozwalając, żeby dziewczyna przyczepiła jej podejrzanie wyglądający kabelek do ręki. Skrzywiła się. — Nie potrzebuję, żeby otaczały mnie normalne albo przyzwoite osoby. Tylko żeby mnie dowiozły do celu, reszta mnie nie obchodzi. To swędzi.

— Bo musi swędzieć. Nie ruszaj. Ogólnie postaraj się nie ruszać. Szpital by wziął za takie badania górę kasy, a pewnie musiałabyś czekać parę pór na nie. Ja to załatwię w kilka minut.

— Mam się nie ruszać przez kilka minut? — zapytała z niedowierzaniem Ignea, drapiąc się po policzku, gdzie Tercea właśnie przyczepiła kolejny kabelek do jej skóry. — Przecież coś takiego jest niewykonalne. Wszystko mi zdrętwieje!

— Nie umiesz usiedzieć spokojnie tylko paru minut? — zdziwił się Finen, unosząc sceptycznie brwi. Ignea warknęła na niego.

— Nie, nie umiem. Jestem osobą czynu, a nie taką, która by tylko siedziała i narzekała, jaki to ten świat jest straszny, niesprawiedliwy, bla-bla-bla. Ała!

Tercea wbiła jej igłę w rękę, zupełnie nie przejmując się reakcją Ignei. Właściwie nie zabolało aż tak bardzo, tylko zaskoczenie zrobiło swoje. Rozmasowała przedramię, chociaż to właściwie w niczym jej nie pomogło.

— Czemu to wszystko właściwie ma służyć? — zapytał Rever, patrząc, jak Tercea podnosi ze stolika coś, co okazało się aparatem fotograficznym.

— Badaniom — oznajmiła dziewczyna, wyciągając z kieszeni płaszcza buteleczkę i rzucając ją Ignei, która ledwie je złapała przez te wszystkie kable. — Weź jedną. Albo dwie, jeśli czujesz, że ci to potrzebne, ale nie więcej. Większa dawka ma koszmarne skutki uboczne.

— Tabletki nasenne? Nie mam problemów ze snem.

— Ale ja będę miała problem, jak ich nie weźmiesz. Poza tym to nie są całkowicie tabletki nasenne, chociaż wprowadzają w trans do snu zbliżony. Tylko że się nie ma snów.

— Nie znam się, ale czy do takich badań nie powinno się być jednak przytomnym?

— Biorąc pod uwagę, ile to zawsze sprawia problemów, odpowiedź brzmi nie. Nie powinno się być.

— Skoro nie ma snów... — Ignea wyjęła jedną pigułkę ze słoiczka, po czym wzruszyła ramionami i połknęła ją. Tabletka nie miała smaku, a w każdym razie dziewczyna niczego nie poczuła. Spodziewała się, że zrobi się zmęczona, może oczy same jej się zamkną, ale nic takiego się nie stało. Siedziała wciąż w fotelu i wpatrywała się w trzy ciekawskie twarze, które wpatrywały się w nią. Jakby miała zrobić nagle jakiegoś fikołka albo wyzionąć ducha.

— Ja wiem, że nie mam najładniejszej twarzy na świecie, ale nie musicie się jej przyglądać aż tak dokładnie — powiedziała ze zniechęceniem, a dwójka uzdrowicieli odwróciła gwałtownie wzrok, jakby zabolała ich ta uwaga. Albo jakby nie chcieli pokazać swojego zmieszania. Tercea wciąż się wpatrywała.

— Powinno zacząć działać — powiedziała w zamyśleniu, bardziej do siebie, niż do Ignei. Ta za to prychnęła.

— Jakbym słyszała lekarza. „Te tabletki przeciwbólowe powinny już dawno zacząć działać, to nic nie znaczy, że wciąż boli cię noga". Musieli mnie potem operować, ale właściwie nic więcej nie pamiętam. Tylko że ten lekarz wyglądał potwornie, był chyba...

Zadziałało. W jednej chwili po prostu wpatrywała się w Terceę, a w kolejnej już jej nie było. Niczego nie było, oprócz czerni. Czerni? Ignea zamrugała, a w każdym razie miała wrażenie, że to robi, bo jeśli zasnęła, jej oczy musiały być cały czas zamknięte. A jednak...

Bez snów. To wcale nie wyglądało na brak, raczej na sen świadomy. Coś wołało ją z otaczającej ją szarości, chociaż nie była pewna czy to dźwięk, czy uczucie, czy jeszcze coś innego, czego opisać się nie dało. Wzywało ją, a chociaż nie wiedziała, skąd owo wezwanie dochodzi, ruszyła w jego kierunku. Podświadomie. Myślami złapała się tego dziwnie znajomego głosu i ruszyła w drogę powrotną razem z nim. Nie miał nic przeciwko, pozwolił jej na to.

Ale wtedy znów pojawiło się światło i otworzyła gwałtownie oczy, wracając do rzeczywistości. Zamrugała kilka razy, po dziwnej szarości próbując przyzwyczaić oczy do kolorów. Wcale nie pomógł fakt, że nagle w polu widzenia znalazła się czarno-biała Tercea.

— Wstałaś wreszcie. Mam przynajmniej nadzieję, że się wyspałaś. Wiesz, mamy już wyniki od dobrej godziny, ale nie dało się cię dobudzić.

— Jak to? Przecież spałam tylko kilka minut — mruknęła Ignea, przecierając oczy i mrugając zacięcie. Czuła się podejrzanie wypoczęta. Wszystkie te dziwne kabelki zdążyły już zniknąć z jej ciała.

— Nie. Spałaś przez trzy godziny — odpowiedziała po prostu Tercea. — Wyniki nie wskazały właściwie niczego mocno niepokojącego. Nie możesz przez pewien czas spożywać żadnych energetyków, bo jeśli spróbujesz, serce może nie wytrzymać. W ogóle nie powinnaś niczego takiego brać, twój organizm kiepsko na to reaguje. Masz też trochę coś przestawione ze słuchem, możesz niedosłyszeć na lewe ucho.

Ignea sięgnęła do lewego ucha i pogładziła jego płatek, ale właściwie nie poczuła niczego. Nie czuła też, żeby jakoś gorzej na nie słyszała, ale może to była kwestia ilości hałasu. Komputery pracowały dosyć głośno, choć właściwie nie wyglądało na to, by robiły cokolwiek pożytecznego.

— Dzisiaj wieczorem jest uroczysta kolacja — odezwała się Tercea, kiedy Ignea podniosła się z fotela i przeciągnęła. — Thin już pozapraszał wszystkich, kazał ci to przekazać.

— Wieczorem — powtórzyła Ignea i spojrzała w ekran jednego z komputerów, żeby sprawdzić godzinę. — Jeszcze nawet południa nie ma. Szesnasta dopiero. O której ta kolacja?

— Dwudziestej czwartej.

— Cała masa czasu — stwierdziła dziewczyna. — To ja idę szukać tego Upadku. Bo jeszcze się okaże, że odpłyną, jak tutaj z wami gadam. E, nie, chwila. Nie wiem, którędy się w tym mieście idzie do portu...

— Jeśli chcesz prosić mnie, żebym wyszła z tego domu, to odmawiam — odpowiedziała jej chłodno Tercea i odwróciła się z powrotem do komputerów. Ignea zastanowiła się, czy ta dziewczyna kiedykolwiek przekroczyła próg warsztatu i wyszła na ulicę. Odpowiedź, która się nasuwała na to pytanie, brzmiała: „nie".

— Ja wiem, gdzie jest port — zgłosił się Rever. — Mogę z tobą iść... o ile oczywiście nie masz nic przeciwko.

— Nie mam. Tylko ściągnij ten kitel. Nie będę chodzić po mieście z kimś, kto wygląda, jakby się urwał ze szpitala.

~~*~~

Ulice wciąż były dziwnie puste, ale mieszkańcy powoli zaczynali na nie wychodzić. Najwyraźniej nocne zamieszanie z demonami zrobiło swoje i zdecydowanie zerwało trwający cichy protest. Ignei przez chwilę z tego powodu było głupio, ale przecież nie było jej winą, że demon się obudził. Chociaż to ona w jakiś sposób je ściągnęła...

Znalezienie portu okazało się łatwe. Znajdował się po drugiej stronie miasta, na brzegu gdzie rzeka spotykała się z morzem. Wśród uroczych drewnianych domków, ustawionych na palach, biegły setki krzyżujących się i łączących pomostów, przy których cumowało wiele, naprawdę wiele statków, najróżniejszych kształtów, kolorów i rozmiarów. Spacerując między nimi wszystkimi, można się było poczuć małym, zwłaszcza że Ignea nie należała do bardzo wysokich osób.

Upadek dało się zidentyfikować równie łatwo. Pośród zwykłych statków wyróżniał się swoją czarną barwą i podejrzaną parą, która unosiła się wokół jego kadłuba. Jakby statek samą swoją obecnością zmuszał wodę do wrzenia i parowania.

— To nie wygląda bezpiecznie — stwierdził Rever, który do tej pory siedział cicho i odzywał się tylko wtedy, kiedy Ignea wybierała złą drogę. Zastanawiała się, skąd właściwie chłopak wie, dokąd iść, ale nie zapytała o to. — Bardziej jak jakiś nawiedzony statek niż dobry transport.

— Nawiedzony czy nie, innego nie znam — prychnęła Ignea, rozglądając się. — Zobacz, zostawili schody. Wejdźmy i się przywitajmy. Chyba że się boisz, to możesz zostać tutaj — dodała, wcale nie złośliwie, widząc jego minę. Ale męskie ego u większości facetów było dokładnie takie samo i słowa te uderzyły w niego, kiedy tylko wyszły z ust Ignei. Wyprostował się, dając do zrozumienia, że pójdzie razem z nią.

Westchnęła i wspięła się po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz. Poręcz była zimna jak lód, ale jako pełnokrwisty fior, Ignea nie miała z tym problemu. Uwielbiała zimno. Reverowi za to już się to nie spodobało i syknął cicho, po czym wszedł ostrożnie, trzymając się najdalej, jak się dało od barierek.

— Dzień dobry! — rzuciła Ignea w przestrzeń, wskakując na czarne deski pokładu, które niespokojnie zamruczały pod jej stopami. Wciąż żywe, więc statek zbudował zapewne jakiś fior. Albo przynajmniej ktoś, kto znał się na ich sposobie budowania takich rzeczy. — Halo? Jest tutaj ktoś? Chciałabym wykupić sobie rejs.

— Tutaj się nie wykupuje rejsów — powiedziała ubrana na czarno dziewczyna, a Ignea wzdrygnęła się, bo wcześniej jej nie zauważyła. Twarz zasłoniętą miała jakąś chustą, a w ręce trzymała szpadę, bardzo wyraźnie widoczną. Promienie odbijały się od ostrza, tylko nadając broni groźniejszego wyglądu. — Lepiej wróćcie na pomost i znajdźcie sobie inny statek. Tutaj nie macie czego szukać. Nie przewozimy nikogo.

— Potrzebuję, żeby ktoś mnie zabrał do Evvany — odezwała się Ignea, zupełnie nie przejmując się wrogością nieznajomej. A raczej udając, że się nie przejmuje. — Podejrzewam, że tym statkiem ktoś mógłby mnie tam przewieźć. Czy się mylę?

— Dlaczego sądzisz, że ten statek cię tam zawiezie? — zapytała dziewczyna, mrużąc swoje lśniące w ciemności kaptura oczy. Były lśniące, pewnie miała krew fiorów. Chociażby kroplę.

— Otten Alieaster mnie tutaj przysłał — odpowiedziała Ignea, wzruszając ramionami. Nawet jeśli to imię zrobiło jakieś wrażenie na nieznajomej, nie dała tego po sobie poznać. — Powiedział, że możecie mi pomóc. Pomylił się?

— Pewnie chciał, żeby zażądać spłaty długu — domyśliła się dziewczyna, a Ignea bardzo wyraźnie zobaczyła, jak przewraca oczami. Były niebieskie, ale nie aż tak, jak te Ignei. Poza blaskiem całkowicie zwyczajne. Ignea zrewidowała więc swoje poglądy. To nie mógł być fior. — Zawsze używa tego samego argumentu. Zero kreatywności. Powiedział ci, że ile ma lat?

— Ponad dwa tysiące. Dokładniej się nie wyraził. A czemu pytasz, sprawdzasz mnie?

— Sprawdzam, czy mu jeszcze pamięci nie przeżarło od bycia duchem — prychnęła dziewczyna, wciskając szablę za pas. Ignea nie była pewna, czy jest to bezpieczny sposób noszenia broni, ale nie wyglądało na to, żeby nieznajoma się tym przejmowała. — Ten stary, marudzący spaślak, który nic, tylko by siedział w tym swoim Archiwum, narzekał i sprawiał kłopoty... Dobra, podwieziemy cię na tę całą Evvanę. Tylko muszę pogadać o tym jeszcze z kapitanem. Ale skoro to sprawa Ottena, to raczej dyskutować nie będzie.

— Tak po prostu? — zdziwił się Rever, a Ignea spiorunowała go wzrokiem. Przecież ta dziewczyna już się zgodziła, dlaczego jeszcze mieliby drążyć temat? — A gdybyśmy kłamali? Przecież moglibyśmy!

— Nikt się ciebie nie pytał o zdanie! — warknęła na niego Ignea. — Też mi pomoc! Teraz ci się zebrało na gadanie?

— Przecież to bardzo dobre pytanie — oburzył się Theryfer. — Za szybko to łyknęła. Każdy mógłby sobie użyć jakiegoś tam imienia. Ja mógłby sobie użyć tego imienia, bo je przypadkiem usłyszałem.

— Naukowiec — prychnęła z pewną niechęcią dziewczyna, zdejmując kaptur. Poza kolorową bandaną, którą związała sobie włosy, właściwie niczego w jej twarzy nie dało się zapamiętać. Brązowe proste włosy. Prosty nos. Wykrzywione w grymasie usta. Zwykła dziewczyna, jakich pełno. Chociaż inne szpad przy pasie raczej nie nosiły. — Zadawałam się kiedyś z kilkoma. Wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, że sprawiacie same problemy.

— Po prostu odpowiedz mi na pytanie — powiedział wolno Rever, patrząc jej prosto w oczy i prostując się, jakby czekał na atak. Przyglądając się jemu i nieznajomej, Ignea stwierdziła, że prowadzą między sobą jakiś niemy rodzaj bitwy, którego nie rozumiała. To nie była walka na spojrzenia, tylko zupełnie inny gatunek. Jakby bili się na myśli, ale też nie do końca.

— Otten jest duchem. Jeśli ktoś używa jego imienia, do tak błahego celu, jak szansa popłynięcia naszym statkiem, to on nie zostawi tego w spokoju — rzekła po dłuższej chwili ciszy dziewczyna, nie odrywając oczu od twarzy Revera. Teraz to ona czekała na jego reakcję, ale jeśli spodziewała się czegoś poza spokojem, musiała być zawiedziona, bo chłopak zachował całkowicie kamienną twarz. Ignea właściwie nie przypominała sobie żadnych głębszych emocji na jego twarzy, ale też nie znała go aż tak długo, jak mogłoby się jej wydawać.

— Są różne typy duchów — zauważył. — Nie wszystkie straszą. Bywają też spokojne.

— Ten nie jest spokojny. Uwierz.

— Widziałem go. Nie wyglądał na zbyt niespokojnego. Raczej, jakby miał dosyć swojego istnienia.

— Te są najgorsze — stwierdziła dziewczyna, otwierając szerzej oczy i uśmiechając się nieco szaleńczo, jakby w ten sposób zamierzała go przestraszyć. Ignea prychnęła z niechęcią.

— Skończyliście już się kłócić? — zapytała, zwracając na siebie uwagę. — Otten mógłby sobie być najgorszym, najgroźniejszym, najstraszniejszym duchem na całym świecie, a ja miałabym to totalnie gdzieś. Pomógł mi, to teraz może mnie straszyć w snach. Skoro już ustaliliśmy, że jednak wypłyniemy do Evvany, to teraz pozostaje ustalić, kiedy właściwie.

— Upadek wypływa za dwa dni, z samego rana — odpowiedziała z pewnym znudzeniem nieznajoma, opierając się o barierkę statku. — Przyjdź wtedy przed piątą, to cię podwieziemy. Ciebie i twoich kolegów, o ile nie będą równie denerwujący, jak ten tutaj. Inaczej wywalimy ich za burtę.

Rever wyglądał, jakby zamierzał się kłócić, ale Ignea nadepnęła mu na stopę, wcale nie dyskretnie. Chłopak zacisnął zęby, spomiędzy których wydobył się syk. I nic więcej, na całe szczęście. Ignea ukłoniła się drwiąco i teatralnie dziewczynie, jak to miała w zwyczaju robić, po czym odwróciła się i zeszła schodami z powrotem na pomost.

— Miałeś mnie tylko przyprowadzić do portu — zauważyła, nawet nie odwracając się do chłopaka, który szedł zaraz za nią. — A nie pilnować czy osoby, z którymi rozmawiam, są w porządku. To umiem sama wywnioskować i nie potrzebuję pomocy.

— Jej aura była dziwna — próbował się tłumaczyć. Potarł dłonią kark i skrzywił się. — Takie samo uczucie miałem, jak pojawiły się cienie. A w każdym razie podobne. Kimkolwiek, czymkolwiek była, nie jest z tego wymiaru. A coś takiego nigdy nie wróży dobrze.

— Wyglądała, jakby miała cię przebić zaraz tą swoją szablą — prychnęła Ignea, a Rever poczerwieniał na twarzy. — Słuchaj, dopóki cię coś nie atakuje, nie powinieneś się przejmować, czym jest, skąd jest i czy jest niebezpieczne.

— Taki sposób myślenia kiedyś cię zabije — odpowiedział, chowając ręce do kieszeni. — Nawet jeśli drapieżnik nie atakuje, nadal pozostaje drapieżnikiem. Może zabić w jednej chwili, a ty tego nawet nie zauważysz.

— Ja też jestem drapieżnikiem — zauważyła, szczerząc zęby w jego stronę. Przeciągnęła się i ziewnęła, po czym spojrzała w stronę nieba, żeby określić położenie słońc. Mruknęła. — Wciąż mamy całą górę czasu do wieczora. Szczerze to myślałam, że więcej nam zejdzie na szukaniu portu i statku. Chcesz się gdzieś przejść czy wolisz wrócić i zamarudzić resztę dnia w warsztacie Thina?

— A czy mogę w ogóle wybrać tę drugą opcję?

— Nie! — odpowiedziała wesoło Ignea, podskakując w miejscu. — To by było zbyt nudne! Wespnijmy się na najwyższy budynek w tym mieście! To pewnie któraś z tych wież — powiedziała, wskazując na kilka wysokich budynków z kamienia, wybijających się znacząco poza inne. — Jak myślisz, która? Myślę, że ta czarna, ale stąd właściwie nie za dobrze to widać. Ta czerwonawa też wygląda na wyższą od reszty.

— Biorąc pod uwagę położenie każdej z nich, a także tutejsze ukształtowanie terenu i kamienie, z których każda była wzniesiona, najwyższa jest szara, nawet jeśli wygląda na najniższą — rzekł naukowym tonem Rever. Ignea przewróciła oczami, słysząc jego przemądrzały głos. A już zaczynała myśleć, że można z nim pogadać całkowicie normalnie. Miała szczęście do przyciągania dziwnych osób. W sumie sama była jedną z nich, więc nie powinno jej to aż tak zaskakiwać.

— Więc idziemy do tej szarej. — Ignea klasnęła w dłonie i sięgnęła do swojej torby. Udało jej się już wyłudzić od Thina z powrotem swoje dwie deski, których użył do napędzenia zniszczonego wozu. Wyjęła jedną i zwyczajnie rzuciła ją na ziemię, po czym podała drugą zmieszanemu Reverowi. — Zawsze chciałam kogoś nauczyć na tym jeździć. Thin oczywiście umie, bo to jego projekt, ale on jeździ tak powoli i nigdy nie chce się ścigać, ugh. Dałam to znajomemu, żeby na podstawie zrobił drugą taką deskę. Miała być dla Vola, bo on tak strasznie wolno chodził. Ale jemu teraz raczej nie za bardzo chce się cokolwiek robić i w sumie mnie to nie dziwi. Chcesz się nauczyć jeździć?

Nie dała mu czasu na odpowiedź, tylko wyrwała deskę z rąk i ją także rzuciła na ziemię. Trąciła ją czubkiem buta i okręciła, po czym popchnęła Revera, żeby na niej stanął.

— Wyprostuj się. Prawa stopa musi być bliżej krawędzi. Ręce możesz w sumie ułożyć, jak chcesz, ale nie polecam trzymać tak luźno przy bokach, bo nimi też możesz sterować w pewnym sensie. Jeździłeś kiedyś na deskorolce? — Ograniczył się do skinięcia głową, a Ignea uśmiechnęła się. — To bardzo podobne, tylko że wszystko robisz w powietrzu. Skręcasz, przechylając się w jedną albo w drugą stronę. A żeby się zatrzymać albo wystartować, wystarczy uderzyć stopą w tył deski. Tam jest mechanizm uruchamiający.

— Nie jestem do końca przekonany czy jeżdżenie na czymś takim jest bezpieczne — powiedział z wahaniem, spoglądając na kawałek drewna, na którym teraz stał. — Bardzo niestabilne. Na dodatek nie ma żadnych zabezpieczeń, chociażby kasku czy ochraniaczy...

— Słuchaj, takie rzeczy nie mają być bezpieczne — prychnęła Ignea, stając na swojej desce. — Bezpieczne zwykle idzie w parze z „nudne". A to ma być zabawne, ciekawe, ekscytujące. Nie nudne. Przeciwieństwo nudnego.

— Czyli przeciwieństwo bezpiecznego?

— Myślę, że można by tak właśnie to ująć, w rzeczy samej — stwierdziła Ignea, próbując naśladować jego przemądrzały głos. Rever zrobił nadąsaną minę. — Daj spokój. Chyba nie zamierzasz być takim nudziarzem trzydzieści sześć na osiem? To musi być... nudne.

— Niektórzy wolą mieć nudne życie i żyć — zauważył Rever, przekrzywiając głowę. — Mam dopiero dwadzieścia jeden lat. Wolałbym dożyć stu. Przynajmniej. A nie zabić się, spadając z latającej deski i łamiąc sobie kości.

— Upadek z kilku metrów cię nie zabije. Poza tym jesteś uzdrowicielem, nie? Wiesz, jak upadać, żeby sobie nie złamać ręki czy nogi, czy coś.

— Nie jestem uzdrowicielem. Wyrzucili mnie, po tym, jak pobiłem się z jednym takim gościem... e... powód właściwie nie jest zbyt istotny, ale...

— Nie obchodzi mnie tytuł. Umiesz leczyć, to dla mnie jesteś uzdrowicielem. Nawet jeśli cię wywalili. To jak, ścigamy się w końcu czy tylko gadamy o twojej przeszłości?

— Szczerze mówiąc, wolałbym nie robić żadnej ze wspomnianych rzeczy, jak już jesteśmy przy takiej dyskusji. Po co ja w ogóle zgłosiłem się na ochotnika, żeby ci pomóc? Jesteś szurnięta.

— Zawsze możesz jechać ze mną na jednej desce — powiedziała wesoło, kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa. Może jej się tylko wydawało, ale Rever pobladł nieznacznie.

— To... ścigamy się?

Nie potrzebowała niczego więcej. Stanęła na swojej desce w pozycji startowej, pochylając się lekko do przodu, niczym biegacz. Rever przez chwilę próbował ją naśladować, ale prawie przewrócił się na twarz, więc, cały czerwony, wyprostował się i stanął na powrót normalnie. Parsknęła.

— Na trzy — powiedziała, unosząc rękę i prostując jeden palec. — Raz. Dwa... Trzy!

Uderzyła piętą i ruszyła z miejsca, salutując przy tym Reverowi, który przyglądał się drewnu pod stopami i próbował jakoś uruchomić mechanizm, uderzając raz po raz w kolorowe wzory. Ignea zatoczyła wokół niego koło i zwolniła przed nim.

— Może ci pomóc?

— Dam radę — powiedział, uśmiechając się. Nagle ruszył z miejsca i wyminął Igneę, żeby zniknąć między domami. Dziewczyna zamrugała ze zdumienia, po czym prychnęła i ruszyła w pogoń. Nie pokona jej tak lichą sztuczką. Chociaż musiała przyznać, że to było nawet całkiem sprytne.

Mimo że to był pierwszy taki jego lot, Rever radził sobie całkiem nieźle. Naprawdę musiał kiedyś dobrze jeździć na deskorolce. Lewitował nad ziemią, lecąc zygzakiem i tym samym uniemożliwiając Ignei próbę wyprzedzenia go. A w każdym razie tak mogło mu się wydawać. Dziewczyna przez chwilę siedziała mu na ogonie, po czym schyliła się i złapała za przód deski, żeby unieść go wyżej. Zrobiła pętlę w powietrzu i przeleciała tuż nad głową zdziwionego Revera, po czym obniżyła lot. Teraz to ona jemu zablokowała drogę.

Odwróciła się do niego, stając tyłem do celu. Włosy zatańczyły jej wokół twarzy i zaczęły zasłaniać widok, ale udawała, że jej to nie przeszkadza. Skłoniła się teatralnie.

— Nieźle! — krzyknęła, przekrzykując szumiący jej w uszach wiatr. — Ale mnie i tak nie przebijesz! Do zobaczenia pod wieżą!

Odwróciła się znów, żeby w ostatniej chwili ominąć budynek, ku któremu pędziła. Skręciła w boczną uliczkę i przechyliła się bardziej na desce, żeby przyspieszyć. Wiatr bawił się kosmykami jej włosów, co jakiś czas posyłając je jej w twarz. Pożyczony od Tercei płaszcz powiewał za nią niczym wielkie, czarne skrzydła. Kiedyś pewnie by jej to przeszkadzało, ale nauczyła się już dawno latać w obciążeniu swojego białego płaszcza. Każdy inny był o wiele lżejszy i łatwiej było się w takich poruszać.

Kilkoro osób chodziło po ulicach. Wyminęła ich slalomem, nad jednym dosłownie przeleciała, w ostatniej chwili podrywając deskę i zmuszając ją, żeby znów wzniosła się wyżej. Słyszała za sobą zamieszanie i oburzone krzyki, co musiało znaczyć tyle, że Reverowi idzie całkiem nieźle w jeździe na latającej desce.

Ignea wyhamowała gwałtownie przed szarą ścianą, dotykając nosem zimnego kamienia. Tak blisko była od rozpłaszczenia się na ścianie. Oddychała ciężko. Zamrugała kilka razy. Kiedyś coś takiego by jej nie ruszyło, przecież często jej się zdarzało, że zatrzymywała się w ostatniej chwili. Ba, czasem też jej się to nie udawało i chodziła wtedy obolała przez cały dzień. Ale teraz nagle opanował ją strach, może nawet przerażenie. Dlaczego tak nagle?

Jej rozmyślania przerwał Rever, który, pomimo swojej wspaniałej jazdy, nie opanował hamowania równie dobrze co Ignea. Nie zdążyła się odsunąć z jego drogi i oboje wylądowali na ścianie, a potem upadli na ziemię. Dziewczyna spróbowała się wydostać spod na wpół przytomnego chłopaka, ale okazał się o wiele cięższy, niż na to wyglądał.

— Duszę... się — wysapała, bezskutecznie próbując się podnieść. Rever szybko wstał i ze zmieszaną miną pomógł jej. — Jeszcze nigdy... nie widziałam, żeby ktoś... tak dosłownie wziął do siebie powiedzenie o... o zmiażdżeniu konkurencji.

— Nic ci nie jest? — zapytał, przyglądając jej się trochę zbyt dokładnie. Raczej nie załapał żartu, a nawet jeśli, nie było mu do śmiechu. — Przepraszam! Bardzo! Ale... Chyba nie masz żadnych złamań.

— A ty co, masz rentgen w oczach, że tak od razu potrafisz to powiedzieć? — zdziwiła się Ignea, schylając się i podnosząc deskę. Poczuła ból w ręce i skrzywiła się, ale szybko zamieniła grymas na uśmiech, prostując się.

— Nie, ale mam oczy — zauważył, wskazując na swoją twarz. — A takie rzeczy często widać, w każdym razie po zachowaniu. Co jest z ręką?

— Co ma być z ręką?

— Skrzywiłaś się, jak ją zginałaś — oświadczył i natychmiast podniósł jej rękę do oczu, zupełnie nie przejmując się protestem Ignei. Podwinął rękaw płaszcza i zaczął się przyglądać bladej skórze, jakby była jakimś wyjątkowym zjawiskiem. — Nie wygląda źle. Ale jednak powinnaś ograniczyć na jakiś czas jej ruch.

— Jeszcze kilka chwil temu mówiłeś, że nie jesteś uzdrowicielem — prychnęła Ignea, wyrywając rękę i chowając ją do kieszeni. — A teraz zgrywasz wielkiego znawcę.

— To takie stare nawyki. To, że się raz pobiłem, jeszcze nie znaczy, że straciłem naturalną chęć pomocy innym. Wiem, że chciałaś się wspiąć po wieży, ale osobiście bym to odradzał.

— Czy istnieje coś, cokolwiek, czego byś nie odradzał? — rzuciła sarkastycznym tonem Ignea, podnosząc drugą deskę i składając ją. Zawiasy zatrzeszczały dziwnie, ale nie przejęła się tym i wcisnęła ją brutalnie do torby.

— To wieża widokowa, możemy wejść po prostu po schodach.

— Wchodzenie po schodach jest nuuuu-dne! — krzyknęła Ignea, unosząc wzrok ku niebu. — Tylko przebierasz nogami i trwa to tak długo, aż się dojdzie na górę. Można się zmęczyć.

— A przy wspinaniu niby nie można się zmęczyć? Przecież takie wspinanie się jest pewnie bardziej męczące niż wchodzenie po schodach.

— Ale nie jest nudne! A schody są nudne! Czego tutaj nie rozumiesz?

— Jak mam być szczery, to wszystkiego.

— Dobra, wejdziemy po tych twoich głupich schodach! — warknęła Ignea, wkładające też drugą deskę do torby i zamykając ją szczelnie. — Ale zobaczysz, to będzie nudne! Bo schody są nudne!

— Ale bezpieczne! — zauważył z uśmiechem Rever, próbując obrócić całą sytuację w żart, ale Ignea nie zaśmiała się. Przewróciła tylko oczami i weszła do środka, nie czekając, aż chłopak pójdzie za nią.

Schody były nudne. Były tak nudne, że po drodze Ignea zaczęła sobie liczyć stopnie, ale zgubiła się gdzieś około tysiąca, kiedy Rever okazał się mieć jednak jakieś uczucia i zaczął wykrzykiwać losowe liczby, byleby tylko jej przeszkodzić. On sam trzymał się kawałek z tyłu, jakby obawiał się ataku z jej strony. Tak w każdym razie podejrzewała, dopóki nie obróciła się do niego i nie zauważyła, że przystanął na chwilę, żeby spojrzeć w dół schodów.

— Coś się stało? — zapytała, a on drgnął i odwrócił się powoli w jej stronę, z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Mocno do niego niepasującym.

— Nie. Nic się nie stało — odpowiedział spokojnie, wracając do kamiennej miny. — Po prostu wydawało mi się, że ktoś za nami idzie.

— Też dzisiaj miałam takie wrażenie — powiedziała Ignea, zupełnie nie myśląc nad słowami, które nasuwają jej się na język. Zamrugała. — To przez te demony wszyscy jesteśmy przewrażliwieni. To miejsce jest niemal opuszczone, raczej nikt zdrowy na umyśle by tutaj bez konkretnego powodu nie przyszedł. Poza nami.

— Pewnie masz rację.

Nie wyglądał na uspokojonego, ale ruszył się z miejsca i wyminął ją. Ignea, dotknięta jego dziwnym przeczuciem, sama też spojrzała w dół schodów, ale nie było tam nikogo. Mimo to wzdrygnęła się i też zaczęła wchodzić szybciej, tak że po chwili mogła odetchnąć z ulgą, wchodząc w końcu do pomieszczenia. Rever już tam stał, podpierając się o ścianę i rozglądając się dookoła z zaciekawieniem.

— To jedna z wież, zbudowana jeszcze za czasów Króla Relanta, jakieś dwieście lat temu — wyjaśnił, przybierając naukowy ton. Ignea przewróciła oczami i przygotowała się na otrzymanie wykładu. — Z czasów wojny między fiorami a aquali pochodzącymi z morza, którzy domagali się tych terenów dla siebie. Król Relant nie zamierzał odstąpić ich tych ziem, ze względu na to, że miasto założone przez jego poddanych, którzy byli głównie wygnańcami z innych krain. Tak w każdym razie głoszą wszystkie książki do historii, bowiem istnieje też inne i trochę logiczniejsze wytłumaczenie. W pobliżu tych terenów jest mnóstwo minerałów, za które można by sobie wykupić połowę kraju. Nikt nie zaczął ich wykopywać tylko dlatego, że odpowiednie do tego miejsca z jakichś powodów uznano za święte, a wiadomo: jak coś jest święte, to tego się nie tyka. W każdym razie Król Relant mógłby wygrać z aquali, ale reszta Królów z tamtych czasów powstrzymała go od tego i w końcu podpisał rozejm.

— Powinieneś robić za przewodnika — prychnęła Ignea, podchodząc do okna i z niechęcią patrząc na swoje niewyraźne odbicie w szybie. — To dwieście lat temu szklili okna? Przecież dla wież strażniczych oszklone okna byłyby bez sensu.

— Pewnie władze miasta odremontowały wieżę, żeby się nie zawaliła — odpowiedział Rever. Czy on naprawdę musiał mieć odpowiedź na każde pytanie? — Inaczej mogłaby stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia osób mieszkających w jej pobliżu. Poza tym na takiej wysokości okna powinny być szklone. Ten wiatr, zwłaszcza w czasie Pory Wietrznej, mógłby kogoś przyprawić o chorobę. No i okna bez szyb są w tych czasach chyba już właściwie niepraktyczne i niepotrzebne, pomijając oczywiście Pogodne Wieże, bo gdyby magia Władców Pogody musiała przechodzić przez szkło, straciłaby na swojej sile i nie byłaby aż tak efektywna.

— Nie lubię oszklonych okien w wieżach — rzekła, przyciskając nos do szyby i przyglądając się miastu. — Nie można się przez nie wychylić. Wyskoczyć. Poczuć wiatru. Jaki jest pożytek z okna na wysokiej wieży, jeśli nie można z niego skoczyć?

— Można przez nie spoglądać i zdecydowanie jest bezpieczne. Nudne, ale bezpieczne.

— Ty masz jakiegoś świra na punkcie tego bezpieczeństwa — zauważyła z niechęcią Ignea, odwracając się do niego i opierając o szybę. Starała się przybrać tę samą sztywną i jednocześnie wyniosłą pozę co on. — Jaki jest sens bezpieczeństwa, jeśli nie można się bawić? Równie dobrze można by kogoś zamknąć w szklanej klatce. Też będzie bezpieczny.

— To już by była przesada — zauważył Rever, odpychając się od ściany i sam też podszedł do jednego z okien, by przez nie wyjrzeć. — Ale to chyba zrozumiałe, że na takiej wysokości szyby są oszklone. Gdyby stąd spaść, to już nikt nie byłby w stanie złożyć cię znowu w całość. To się nazywa rozsądek.

— Ja nie uznaję tego słowa.

— To widać.

— Zobacz, widać stąd warsztat Thina. — Ignea zmieniła temat, przyciskając palec do szyby i wskazując na zespół podejrzanie wyglądających drzew, stojących niedaleko rzeki. Zmrużyła oczy i przeniosła wzrok na stare magazyny. — Rany, wiedziałam, że ten dach da się otworzyć! Inaczej nie byłoby w nim takich dziwnych szczelin. A Thin mi tego nie pokazał, też mi kuzyn.

— Stąd widać tę czarną wieżę — oznajmił Rever, stojący po drugiej stronie i spoglądający w zupełnie inne okno. — Nie stoi aż tak daleko. Patrz, dobrze, że tam nie poszliśmy, tam nie mają oszklonych okien.

— To właśnie oznacza, że zrobiliśmy źle! Bo nie dość, że wchodziliśmy po schodach, to teraz jeszcze będziemy musieli zejść! — oburzyła się Ignea, przepychając się obok niego. — Jak ty stąd widzisz, że nie ma szklanych szyb? Przecież stąd ledwo to okno widać.

— Gdyby tamto okno było oszklone, odbijałyby się promienie słoneczne — wyjaśnił Rever, po czym wyprostował się nagle jak struna. — Czekaj... tam chyba ktoś jest. To dziwne, na te wieże nikt nie powinien wchodzić.

— My przecież też weszliśmy — zauważyła, ale sama przyjrzała się uważnie zauważonemu oknu. Ona nic w nim nie widziała. — Rany, ty masz chyba jakiś lepszy wzrok niż ja. Nic tam nie widzę.

— Nie mam lepszego wzroku. JA mam beznadziejny wzrok — prychnął Rever, przecierając oczy. — Mam tak beznadziejny wzrok, że muszę nosić okulary. Które gdzieś mi brat zabrał i zapomniał, gdzie je schował. Cała sztuczka polega na odpowiednim interpretowaniu plam, które widzę. Ale tam naprawdę ktoś jest, przyjrzyj się. Coś się porusza.

Ignea przycisnęła twarz do szyby i spojrzała w stronę wieży, mrużąc swoje oczy. Naprawdę trudno jej było uwierzyć, że Rever ma słaby wzrok, ona sama niczego nie widziała. Chociaż... rzeczywiście po chwili zauważyła podejrzany ruch. Wytężyła jeszcze bardziej swój wzrok i w końcu dojrzała tam osobę. Stała w miejscu, prawie się nie ruszając, dlatego też tak ciężko było ją dostrzec. Co jakiś czas tylko wykonywała dziwny gest dłońmi. Przyjrzała się jeszcze uważniej.

— W fiolecie chodzą Władcy Pogody, o ile się orientuję — wtrącił się znów Rever, przekrzywiając głowę. — Znaczy się, to mógłby być każdy, ale... nikt inny raczej nie miałby powodu.

— W Mieście Statków nie mają Władców Pogody — powiedziała Ignea. Tego akurat była pewna jak niewielu rzeczy. — Thin kiedyś o tym mówił. Tutaj u nich nie ma tak wielkich katastrof, żeby był im potrzebny. Nawet jak czasem się zdarzą, to miasto jest tak zbudowane, żeby je przetrwać.

— To definitywnie JEST Władca Pogody.

— Przed chwilą nie byłeś tego taki pewny!

— Ty tego nie czujesz? — zdziwił się, przykładając dwa palce do skroni. Wyglądało to trochę tak, jakby zamierzał czytać komuś w myślach. Ignea pokręciła głową z pewnym zdumieniem. — To takie dziwne uczucie gdzieś z tyłu umysłu. Za każdym razem, kiedy ktoś używa magii. Najczęściej, kiedy chodzi o ogólnodostępną magię żywiołów, z innymi trochę gorzej. Naprawdę nie czujesz? Większość osób wyczuwa to odruchowo.

— Ale nie ja. Więc... teraz to czujesz, tak? Dlatego uważasz, że to Władca Pogody?

— Można właśnie tak to ująć. Chyba że to jakiś mag, ale po co jakikolwiek inny mag miałby wchodzić tak wysoko i czarować?

— To mag, magowie są nienormalni — zauważyła z kpiną Ignea. Rever zmarszczył brwi i przeniósł na nią spojrzenie.

— Ale ty zdajesz sobie sprawę, że osoby, wśród których ostatnio spędzasz czas, także czysto teoretycznie są magami? Używają magii, a każdego, kto używa magii, można magiem nazwać. Nawet jeśli utarło się, by nazywać tak osoby bardziej uzdolnione, to jednak wciąż jest to określenie na każdą osobę z magii korzystającą. Nawet twój kuzyn korzysta z magii i sam się do tego przyznaje.

— Świat jest do kitu pod tym względem. Nie lubisz magii? Nie no, spoko, a więc teraz wokół ciebie zaroi się od cholernych magów! Czekaj, nie! Jeszcze lepiej! Dajmy jeszcze tobie jakąś głupią moc do zmieniania się! Tak, to wspaniały pomysł! Najlepszy! I na dodatek sama umiem się zmienić tylko w jakiegoś durnego ptaka. Nie w smoka jak ojciec, czy wilka jak brat, niee, to musiał być Tak'Trik. Który nie może zrobić nic pożytecznego, bo jest tycim małym ptakiem, który tylko lata i tyka jak zegarek. Życie to jakiś żart jest!

— Tak'Triki nie są znowu tak bezużyteczne — zauważył Rever. — Jakby nie patrzeć, to mają te swoje specjalne zmysły, dzięki którym są w stanie wykryć każdą katastrofę naturalną na wiele, zanim ona rzeczywiście nastąpi. W tej kategorii żadne zwierzę się z nimi nie równa.

— Dlatego właśnie muszę płynąć do Evvany — rzuciła, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów. Złożyła dłoń w pięść i już chciała nią uderzyć w ścianę, ale powstrzymała się w ostatniej chwili i tylko przyłożyła wolno kłykcie do kamienia. — Żeby nauczyć się czegoś więcej. Nawet jeśli nienawidzę magii. Chcę tym pomóc w tym szaleństwie, które się zaczęło.

— Żeby pomścić rodzinę?

— Też... ale nie o to chodzi. W każdym razie nie tylko o to. Ja... może mogłabym to jakoś znieść, gdyby to się skończyło. Ale przejrzałam te papiery, które Vol ukradł, a Thin przetłumaczył. To się nie skończy tak łatwo, ludzie nie odpuszczą czegoś takiego, planowali to przez lata. Nie wiadomo co, ale planowali to. I nie poddadzą się tylko dlatego, że fiorom i mirianom udało się ich wypędzić z Miasta Kwiatów.

— A udało się? Nie słyszałem o tym.

— Evv dostała takie wieści od jakiegoś swojego znajomego — prychnęła Ignea, kręcąc głową ze zrezygnowaniem i usiadła pod ścianą, obejmując nogi rękoma. — Przez tyle lat był spokój i teraz nagle musieli z tym wyskoczyć. Ze swoimi spiskami i bitwami. To się nie skończy na śmierci tych kilkudziesięciu żołnierzy i magów. Dlatego chcę pomóc.

— Nie chcę być niemiły, ale czy naprawdę uważasz, że kilku nastolatków może jakoś pomóc tysiącom żołnierzy, szkolonym przez lata specjalnie do walki?

— Prawdopodobnie nie. Ale i tak chcę pomóc. Jakkolwiek.

— Ja kiedyś chciałem założyć sobie bandę buntowników — przyznał z pewnym rozbawieniem Rever, siadając obok niej. Spojrzała na niego, unosząc brwi. — Byłem wtedy młody, gniewny i niezbyt wiedziałem, jak dokładnie świat działa. Miałem wizję młodego i dzielnego dzieciaka, który ocali cały świat i oczywiście miałem nim być ja. Moi rodzice byli okropni, więc to głównie przeciw nim chciałem się buntować. Kiedy Finen się dowiedział, co zacząłem wtedy planować, wyglądał tak, jakby chciał mnie pochować żywcem i oczywiście mnie powstrzymał — prychnął i z trudem powstrzymał chichot. — Chociaż, jak na takiego dzieciaka, szło mi z tym całkiem nieźle. Gdyby jeszcze znaleźć...

Przerwał mu głośny grzmot. Ignea zerwała się jak oparzona i wpatrzyła się w niebo, na którym zebrały się czarne chmury. To było niemożliwe, przecież jeszcze przed chwilą było słonecznie, ani jednej chmurki, nawet białej! Spojrzała szybko znów w szybę czarnej wieży i tym razem też zauważyła ruch — szybko znikający z jej pola widzenia błysk fioletu. Czyli że Rever miał rację i to rzeczywiście był Władca Pogody. Tylko po co taki miałby sprowadzać burzę? Podłoga wieży zadrżała nieznacznie.

— Idziemy — rzucił Rever ze strachem, który usilnie starał się ukryć. — Już! Siedzimy w najwyższym budynku w mieście!

— Przecież nagle się nie zawali — powiedziała z drwiną Ignea, kiedy chłopak dopadł do drzwi i otworzył je, trzaskając nimi o ścianę. — Wyluzuj. Czyżbyś bał się małej burzy? Wiesz, że w warsztacie siedzi koleś, który umie je wywoływać, nie?

— Nie o to chodzi! Czy ty naprawdę nic nie wiesz na temat magii?! Idziemy, później ci to wyjaśnię!

Miała ochotę się z nim kłócić, ale jego ton mówił sam za siebie — nie żartował. Tak więc zaczęła zbiegać ze schodów, słysząc za sobą jego ciężki krok i oddech. Zejście okazało się łatwiejsze i wiele szybsze od wchodzenia.

— No więc... — wydyszała, zeskakując z ostatniego schodka i opierając ręce na kolana. Rany, jak ona nienawidziła biegać. — Dlaczego. Uciekamy?

Rever nie zatrzymał się. Otworzył drzwi i wypadł na zewnątrz, nawet się na Igneę nie oglądając, a ta szybko podbiegła za nim. Nie wyglądał na osobę wysportowaną, ale biegać umiał, ledwo była w stanie go dogonić. Zwłaszcza że zaczęło padać, a deszcz był ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali. Chłopak zatrzymał się, dopiero gdy znaleźli się znów w pobliżu warsztatu. Oparł się o ścianę jednego z domów, żeby nie upaść na ziemię. Ignea jeszcze jakoś się trzymała, chociaż kręciło jej się nieco w głowie.

— Dlaczego? — powtórzyła swoje pytanie, odgarniając z twarzy mokre włosy.

— Jeśli... jeśli jakiś mag. Na przykład Władca Pogody. Rzuca. Zaklęcie dotyczące pogody. Nigdy nie. Nie powinno się. Przebywać w jego pobliżu — wydyszał Rever, z trudem łapiąc oddech. Pochylił się i pokręcił głową. — Daj. Daj mi chwilę. Bogowie. Moje płuca.

— Ej! — Oboje podnieśli wzrok i spojrzeli na Thina, który wychylał się spomiędzy gałęzi drzew. Gdyby Ignea nie wiedziała, że tam znajduje się okno, mogłaby pomyśleć, że diablik zmaterializował się tam z powietrza. — Nienormalni jesteście? Przecież drzwi są otwarte! Czemu stoicie na zewnątrz?!

Ignea miała ochotę mu się jakoś odgryźć, ale w tamtej chwili kichnęła i uznała, że jednak kuzyn ma rację. Wcisnęła się więc przez drzwi warsztatu i z trudem ominęła dziwaczny wynalazek, który stał tuż przy wejściu. Rever prawie na niego wpadł i wymamrotał pod nosem złośliwą uwagę, na temat tego, co sądzi o takich zbzikowanych wynalazcach jak Thin. Jego opinia nie była zbyt miła, więc Ignea udała, że wcale jej nie usłyszała. Zamiast tego znowu kichnęła.

— No, to teraz się rozgadaj — powiedziała, kręcąc nosem. Nienawidziła tego dziwnego uczucia, kiedy chciało jej się kichać, ale nagle nie mogła. — Dlaczego zwialiśmy z tamtej wieży?

— Jest... taki zapisek w kodeksie Władców Pogody, który mówi, że kiedy oni zmieniają pogodę, nikt nie powinien znajdować się w ich pobliżu — zaczął wyjaśniać Rever, omijając kolejną podejrzaną maszynę. — Ponieważ zmienianie pogody, to najczęściej wyrzucanie magii w powietrze, a potem manipulowanie nią. Obecność innych osób przeszkadzałaby magowi, który nad tym pracuje, ale też każdy inny oprócz niego byłby narażony na poważne uszczerbki na zdrowiu. To byłoby, jakby ktoś rzucił na ciebie klątwę, ale nie wiedział dokładnie jaką, co jest jeszcze gorsze niż taka zwyczajna. W każdym razie przebywanie równie wysoko co Władca Pogody, a nawet wyżej niż on, kiedy ten czaruje, byłoby skrajną głupotą. Nie można stać w pobliżu magii manipulowanej w ten sposób.

— Magia manipulowania? — zaciekawił się Thin, wjeżdżając na swoim wózku do pomieszczenia. Jakim cudem on tak szybko znalazł się na dole? — Brzmi super. Chociaż ja umiem manipulować i bez magii. Wiecie, że przed chwilą Tercea zrobiła mi awanturę, bo próbowałem manipulować przesyłanymi informacjami tak, żeby podszyć się pod Rząd Krain Pokoju?

— Naprawdę masz za dużo wolnego czasu — podsumowała Ignea, zdejmując przemoczony płaszcz i otrzepując go z wody. Nie za wiele to dało. — Po co w ogóle chciałeś się podszywać pod jakikolwiek rząd? — zapytała, podchodząc do kuzyna i wpychając go z powrotem na korytarz, wbrew jego protestom. — Myślałam, że wystarczy ci włamywanie się do ich baz. A nie jeszcze podszywanie się pod nich.

— Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował — stwierdził, wzruszając ramionami i zaprzestając prób wrócenia do holu. — Zawsze to więcej informacji w komputerze. Ale załatwili jakieś tam nadzwyczajne zabezpieczenia i przypadkiem się w nie władowałem. Zawirusowałem sobie połowę systemu. Cudem ONI nie przebili się przez MOJE zabezpieczenia.

— Powinieneś bardziej uważać — zauważyła Ignea z kwaśną miną, na co Thin parsknął.

— I kto to mówi? O ile dobrze pamiętam, ze wszystkich osób, jakie tylko znam, to najbardziej nieostrożną w każdej dziedzinie jesteś właśnie ty. Swoją drogą to beznadziejna pogoda — zmienił temat. — Miało być cały dzień słonecznie, tak zapowiadali. Mama się wkurzy, jak wszyscy przyjdą cali mokrzy i jej nabrudzą w domu. Nawet jeśli nas zaprosiła.

— A nie masz jakiegoś kolejnego tajnego przejścia? — zapytała Ignea, zatrzymując się nagle, kiedy Thin chwycił się jednej ze ścian i wyjął z niej zamaskowany panel sterowania. Chyba miał je na każdym zakręcie, poukrywane tak, że tylko on wiedział gdzie.

— Chciałem kiedyś sobie takie zbudować, prosto z mojego pokoju do warsztatu — powiedział rozmarzonym tonem, jednocześnie wklepując jakiś kod w ekran tak szybko, że Ignea nie nadążała za gapieniem się na jego palce. — Ale oczywiście rodzicom się ten pomysł nie spodobał i musiałem się zadowolić samym faktem posiadania warsztatu.

— Wiecie, zanim jeszcze zacznie się ta cała kolacja, chciałabym coś z wami omówić — oznajmiła Ignea, nagle przybierając uroczysty i poważny ton, tak że Thin spojrzał na nią, unosząc brwi i na chwilę zaprzestał bawienia się w komputerowca. Rever stał kawałek dalej, udając, że wcale nie podsłuchuje. Dziewczyna przywołała go niedbałym gestem. — Z wami dwoma. Z Arivem, Finenem, Volem, może nawet z Terceą i Evv. Nie! Bez twoich braci! — warknęła, widząc, że na twarzy kuzyna pojawia się wredny uśmieszek. Po jej słowach zniknął. — Oni się nie nadają. Są za młodzi i od razu by się wszystkim wypaplali!

— Za młodzi na co? — zapytał Thin.

— Najpierw zbierz tu wszystkich, to się dowiesz.

~~*~~

— Iga, czy ty zwariowałaś? Obrońcy Światła? I co jeszcze, może chcesz wypowiedzieć wojnę atomową ludziom?

— Nie, nie zwariowałam — warknęła Ignea, piorunując Ariva wzrokiem, a ten miał choć trochę przyzwoitości, żeby spojrzeć w inną stronę, ale niewystarczająco, żeby zmyć drwinę z własnej twarzy. Dziewczyna westchnęła. — Przecież nie mówię, że mamy iść na jakąkolwiek wojnę. Chodziło mi o takie luźne stowarzyszenie, zrzeszające zaufane osoby.

— Szkoda, że przed chwilą mówiłaś coś zupełnie innego — odparł chłopak, pochylając się i patrząc na nią z lekką złością. — Ja nie zamierzam mieszać się w żadne spiski polityczne, czy chodzi o fiorów, czy o ludzi. A już na pewno nie zamierzam ładować się w organizację buntowników, którą mają stanowić same nastolatki. Coś takiego zwyczajnie nie wypali. Głupi pomysł. I w ogóle co to za nazwa? „Obrońcy Światła". Co my, będziemy wszystkim oświetlenie w domach wymieniać?

— Nie słuchałeś Ottena Alieastera, kiedy wracaliśmy z tej twojej świątyni? — odezwał się Rever, zanim Ignea choćby otworzyła usta. Wpatrywał się ze złością w swojego brata. — Jego grupa nazywała się Obrońcami Światła. Pomagali i pilnowali porządku. To symboliczna nazwa, co jest oczywiste.

— Przepraszam bardzo, nie wszyscy z nas mają komputery w głowach! — krzyknął w jego stronę Ariv, a potem wzdrygnął się, gdy spokojny wzrok Tercei wylądował na nim. Jej oczy dla każdego były przerażające. — Nie chciałem cię w żaden sposób urazić. Przepraszam, jeśli tak się stało.

— Powinieneś bardziej uważać na słowa — odpowiedziała dziewczyna lodowato, a Ariv podniósł poduszkę z kanapy, na której siedział i zakrył sobie nią głowę, jakby chciał się ukryć. Tercea nie przejęła się nim. — Przyznam szczerze, że to wcale nie jest aż tak głupi pomysł, jak mogłoby wydawać się na początku. Nieraz zdarzało się, że w trakcie wojen to młodzi podejmowali się trudnych zadań ze szpiegowaniem wroga, przekazywaniem informacji i temu podobnych rzeczy. Często też palili się do walki. Nie będzie więc dziwne, jeśli założymy jakąś organizację, mającą na celu bojkotowanie działań żołnierzy, którzy zamierzają się wedrzeć na nasze tereny. Nie zdziwiłabym się, gdyby wiele osób myślało właśnie nad czymś takim.

— Poza tym my i tak już zaczęliśmy działania mające na celu przechwycić informacje od wrogów — zauważyła Evv wesoło, wskazując na ekran urządzenia, które nazwała tabletem. — Udało nam się włamać do baz danych ludzi i wyciągnąć część planów, zanim nas wykryli i wyrzucili.

— Istnieje wiele zalet aż tak dziwnego zgrupowania, jak nasze — dodał Rever, a Ignea skakała wzrokiem między ich trójką. Nie trzeba było się wysilać, żeby domyślić się, kto w towarzystwie jest mózgowcem. — Jakby na to spojrzeć od tej drugiej strony, mamy namiastkę niemal każdej potrzebnej jednostki w takim ugrupowaniu. Finen, Tercea i częściowo też ja znamy się na leczeniu. Również Tercea, Evv i Thin są specami od komputerów i ogólnie zapewne urządzeń elektronicznych. Ariv... cóż, mimo wszystko jest wojownikiem.

— Mimo wszystko?! — warknął rozeźlony Ariv, odrzucając poduszkę.

— Błagam cię, że niby on? — odezwała się w tym samym czasie Ignea ze swojego miejsca na podłodze. — To już ja jestem lepszym wojownikiem od niego. On jest tylko strażnikiem. Do obrony, a nie walki.

— Vol zna się na szpiegowaniu — powiedział szybko Rever, wyraźnie chcąc zapobiec zbliżającej się kłótni. — I, gdyby Ignea nauczyła się panować nad swoją mocą, również mogłaby być dobrym szpiegiem. — Dziewczyna prychnęła, słysząc te słowa, ale mówcy to nie zniechęciło. — Fakt faktem, od wieków wszyscy obawiali się zmiennokształtnych, chociaż ich moc nie jest jakoś specjalnie wielka i z taką magią czterech żywiołów nie mogłaby się mierzyć. Sęk w tym, że zmiennokształtni zawsze mogli przybrać jakąkolwiek twarz i jeśli ktoś nie wykrył ich podczas samej zmiany, nie miał żadnej szansy odkryć przekrętu. Chyba że zachowania się różniły, ale to już zupełnie inny temat. W każdym razie taka osoba byłaby niezłą zmorą dla ludzi, zwłaszcza że zapewne nie zdają sobie sprawy, iż jeszcze jacyś zmiennokształtni istnieją.

— Zapomniałeś o jednym ważnym szczególe — oznajmiła Ignea, zwracając na siebie uwagę. — Ja nie umiem kłamać. Więc co za różnica, kogo bym udawała, skoro od razu musiałabym wygadać prawdę przed pierwszą osobą, na jaką się natknę?

— Wszystko da się obejść — odpowiedział jej, a w jego oku pojawił się niepokojący błysk. Przez chwilę miała wrażenie, że widzi tam gwiazdę. — Poza tym naprawdę jest taki sposób, że nie mówi się całej prawdy, tylko krąży po ogólnych informacjach, nie zbliżając się do tych szczegółowych i ważnych. Na pewno kiedyś stosowałaś coś takiego.

— Może kilka razy...

— Ale dlaczego mamy się nazywać tak samo, jak te ponuraki sprzed lat? — odezwał się zrozpaczonym tonem Ariv, wyraźnie już zrozumiawszy, że nie powstrzyma pomysłu z założeniem organizacji. — Obrońcy Światła... przecież to brzmi naprawdę badziewnie i niezbyt pomysłowo. Jak wyciągnięte z jakiegoś kiepskiego komiksu o superbohaterach, którzy mają wspaniałe moce z powietrza i używają ich, żeby ratować świat, przy okazji rozwalając też niemal każde napotkane miasto.

— Przecież jak nie chcesz, to nie musisz się z nami prowadzać — zauważył Finen z kąta, gdzie usiadł głównie dlatego, że stała tam roślina. Uzdrowiciel musiał naprawdę mocno związać się z magią żywiołu ziemi. Kwiatek reagował na każdy jego ruch, niemal dosłownie go powtarzając. — Przyłączanie się do takich grup zawsze jest dobrowolne. Po prostu sobie wstań i wyjdź, zamiast przeszkadzać. No, chyba że jednak wolisz zostać. Ale wtedy wtrącaj się tylko wtedy, kiedy masz coś ważnego do powiedzenia.

Ariv wyglądał, jakby zamierzał się rzucić na brata i zmusić go do odszczekania słów, które właśnie wypowiedział, ale po chwili zastanowienia jednak został na swoim miejscu. Nie wstał, nie trzasnął drzwiami, jedynie jego mina wyrażała niezadowolenie, ale nie wyszedł.

— Powinniśmy jeszcze sobie załatwić jakieś badziewne ksywki, jak zawsze w tych filmach szpiegowskich — rzucił z drwiną, krzyżując ręce na piersi. Ku jego przerażeniu, Ignea wyszczerzyła się do niego.

— A wiesz, że to dobry pomysł? Ty będziesz Marudą. Bo bez przerwy marudzisz — oznajmiła z zadowoleniem i przebiegła wzrokiem po reszcie obecnych. — Pasuje, prawda?

— A ty Wariatka — syknął w jej stronę. Zdążył jednak zapomnieć, że tego typu uwagi nijak nie ruszają Ignei, która pokiwała głową na znak zgody.

— Wiecie, to już jest chyba lekka przesada... — odezwał się niepewnym głosem Rever, ale przerwało mu parsknięcie Finena.

— Ty to byś mógł nosić miano Wszechwiedzącego. Takiego irytującego Wszechwiedzącego, który odpowiada na każde zadane pytanie, nawet jeśli nie było skierowane do niego. I prowadzi wykłady na temat wszystkiego. Chcesz normalnej odpowiedzi? Co z tego? I tak dostaniesz monolog.

— Faktycznie tak robisz — prychnął Thin, usilnie próbując powstrzymać śmiech. Otarł łzy i wyprostował się na swoim wózku. — A ja? Jakie byście mnie dali miano? Wielkiego Majstra? Mistrza Urządzeń? O! Wiem już! Majser-Sztyk. Łapiecie? No bo w końcu majster. A jak dodać do tego jeszcze końcówkę „sztyk"...

— Załapaliśmy to już za pierwszym razem i bez twojego tłumaczenia — powiedziała lodowo Tercea, ale kącik jej ust nieznacznie zadrżał. Jak dotąd był to najsilniejszy przekaz emocji, jaki Ignea u niej widziała, ale dobre było i to. — Poza tym nie rozumiem, co mają do tego jakieś „ksywki". Myślałam, że mieliśmy omówić ważniejsze sprawy.

— Na chwilę obecną nie ma ważniejszych spraw, więc możemy się trochę pośmiać — zauważył Thin, po czym wskazał na Finena, który kiwał się razem z rośliną. — TY możesz być Pesymistą. Przez większość czasu zachowujesz się jak jakiś pesymista, to będziesz się tak nazywał!

— O, teraz chcę ja, teraz ja! — odezwała się Evv, podnosząc rękę i machając nią jak szalona, jakby zgłaszała się zbyt entuzjastycznie do odpowiedzi na lekcji. — Ja chcę być Wesoła! Och, bogowie, przecież to tak bardzo pasuje! A Ter będzie Ponurą i to też będzie bardzo pasować!

— Nie jestem Ter — odpowiedziała lodowato siedząca obok siostry Tercea, a potem skrzywiła się, gdy Evv ją objęła. Jednak nie odepchnęła jej od siebie.

Teraz to Vol się zgłosił. Siedział w jednym z foteli z boku i nie odzywał się, ale nie mógłby tego zrobić, nawet gdyby chciał. Po przejściach z demonem coś stało się z jego strunami głosowymi i nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Finen ponuro stwierdził, że potrzeba co najmniej tygodnia, żeby owo dziwne zjawisko zniknęło. Kilka iskier strzeliło z włosów Vola, a on sam wyjął z kieszeni długopis i napisał coś na swojej ręce, po czym ponownie ją podniósł. Ignea zmrużyła oczy.

— Chcesz, żebyśmy nazywali cię Szlag? — zdziwiła się, a chłopak pokiwał energicznie głową. Zastanawiała się nad tym chwilę, po czym wzruszyła ramionami. — Zresztą co ja mam się ciebie czepiać, sama jestem Wariatka. No to co, jednak się zgadzacie, tak? Zakładamy grupę Obrońców Światła?

Po jej słowach nastąpiła cisza i obecni zaczęli się wymieniać spojrzeniami. Zaczęli nad czymś intensywnie rozmyślać — nie byli aż tak mocno przekonani do samego pomysłu, żeby od razu mu przytaknąć. Ignea prychnęła i sięgnęła do swojej niezawodnej torby, z której wyjęła ołówek i swój dziennik, po czym otworzyła go na drugiej stronie i koślawymi literami zapisała nazwę, a pod nią swoje dwa imiona i nazwisko. Pomachała ołówkiem.

— Jak już się zdecydujecie, możecie mi się wpisać — oznajmiła wesoło, tonem nagle mocno podobnym do tego, którego używała Evv. — Thin, jako nasz główny Majster... sztyk, załatwi nam jakieś komunikatory, czy jak tam on to nazywa. O, telefony, tak to się nazywało.

— A skąd ja ci wezmę nagle telefony? — zdziwił się diablik, rozglądając się dookoła i szukając jakiejkolwiek pomocy. Tercea prychnęła cicho. Zapewne wydałaby z siebie nieco gorszy dźwięk, ale przyciśnięta do niej siostra jej to uniemożliwiała.

— Przecież rozłożyłeś ten swój na części i złożyłeś z powrotem. A potem zrobiłeś kilka na jej wzór. Wystarczyłoby tylko je nieco przerobić i bez problemu mógłbyś je rozdać całej reszcie.

— Tylko moglibyście się pospieszyć z tym decydowaniem się — wtrąciła się znów Ignea. — Niedługo musimy się zbierać, na tę całą uroczystą kolację u Eartlie'ich. No a za dwa dni wybieram się za ocean. Tak więc...

— Ja chcę się wpisać — oznajmił Rever, wyciągając do niej rękę, a ona podała mu swój notatnik i ołówek. Złożył uroczysty podpis, uśmiechając się pod nosem. — Jak mówiłem, zawsze chciałem mieć bandę buntowników. No a poza tym, Finen, jako wykwalifikowany prawie uzdrowiciel płynie razem z tobą, bo nie powinien opuszczać swoich pacjentów w potrzebie — dodał złośliwie, wyciągając notatnik w stronę brata. Ten zacisnął usta, ale nie bardzo mógł zaprotestować. Przyjął książeczkę. — Ja też. Oglądałem mapy i przeczytałem wiele na temat Evvany i tamtejszego systemu politycznego, więc wiem zdecydowanie więcej od was, a wy będziecie potrzebowali przewodnika.

— Wszechwiedzący — prychnął pod nosem Finen, kończąc składać swój podpis. — No i jest. Oficjalnie jestem w tej waszej grupie. Pesymista, też mi coś. Ktoś jeszcze chce się wpisać?

Koniec końców wszyscy złożyli swoje podpisy, chociaż Ariv i Thin wahali się o wiele dłużej niż cała reszta. Po Arivie Ignea nawet się tego spodziewała, bo strażnik zawsze nad wszystkim myślał trochę dłużej, niż wszyscy wokół. Ale Thin zachowywał się trochę dziwnie. Wpatrywał się w kartkę jak zahipnotyzowany, a dopiero po kilku chwilach potrząsnął głową, przewrócił na następną stronę i złożył podpis. Ignea przypomniała sobie, że na pierwszej stronie zapisała datę. Szybko odebrała dziennik i schowała go z powrotem do torby, po czym z trudem podniosła się z podłogi.

— To co, teraz będzie przyjęcie? — zapytała, zacierając ręce, po czym opuściła je i westchnęła. — Kogo ja oszukuję, nienawidzę przyjęć. Zwłaszcza rodzinnych. Trzeba się ładnie wystroić i udawać, że interesuje cię, o czym gadają wszyscy wkoło, podczas gdy tak naprawdę masz to gdzieś. Litości. Może udam, że zachorowałam?

— Co ty, mama się na to nie nabierze — rzucił Thin, podjeżdżając do niej. — Jest wyczulona strasznie na takie rzeczy. Wiesz, przy tej całej masie dzieciaków już zdążyła się nauczyć, kto symuluje choroby, a kto rzeczywiście jest chory. Więc nie polecam ci tego, bo wpadnie tutaj jak burza, no i sama cię zmusi, żebyś przyszła na jej wspaniałą kolację. Swoją drogą ona naprawdę dobrze gotuje. Nie to, co ty....

— No dzięki wielkie.

— Więc jednak to „przyjęcie" nie będzie aż takie złe, przynajmniej pod tym względem — oznajmił wesoło Thin, puszczając mimo uszu jej uwagę. Rozejrzał się po obecnych, którzy też zaczęli już wstawać i wychodzić, żeby się wystroić. — Ej! Ej! Pomoże mi ktoś? Przecież ja nie mogę chodzić! Przyjaciele!

— Na mnie nie licz — prychnęła Ignea, odsuwając się i wymijając kuzyna.

Tercea przewróciła oczami i podeszła do brata, a potem, razem z Evv, wyprowadziły go na korytarz, pomimo jego głośnych narzekań.

~~*~~

Trzeba było to przyznać — Lizia Eartlie naprawdę umiała wspaniale gotować. Jej dania były niczym poezja, nawet jeśli w większości składały się z zielska i mięso przytrafiało się okazjonalnie, jakby zostało dodane do tego całego jedzenia z pewną niechęcią. Thin wyjaśnił cicho Ignei, że jego mama próbuje wprowadzić w domu dietę prawie wegetariańską — jeśli już będą jeść mięso, będzie to mięso, które sami sobie upolują. A ponieważ pan domu został o tym pomyśle powiadomiony w ostatniej chwili, udał się szybko do pobliskiego lasu i cudem złapał jakiegoś królika. Ignea nie rozumiała idei takiej diety, ale może po prostu ciotka miała dość tego, że sama wszystko w domu robi sama i postanowiła pognębić jakoś całą resztę swojej rodziny.

Choć jej samej całkiem smakowało jedzenie, przez większość czasu głównie dłubała widelcem, przesuwając co chwila liście na talerzu i mało co zjadła. Nie miała na to wszystko ochoty, nawet jeśli żołądek akurat się tego domagał.

— Powinnaś coś zjeść — odezwał się wujek Koel, wyrywając ją z zamyślenia. Podniosła na niego nierozumiejący wzrok i zamrugała. Wskazał widelcem na talerz. — Prawie nic nie tknęłaś.

— Nie jestem głodna — mruknęła pod nosem. Przeszedł ją dziwny dreszcz, kiedy zdała sobie sprawę, że jednocześnie powiedziała prawdę, ale też i skłamała. Nie wiedziała nawet, że coś takiego jest możliwe.

— Wyglądasz, jakbyś się wybierała na spotkanie ze śmiercią. Naprawdę powinnaś jeść — odpowiedział jej na to wujek, a ona powstrzymała się od tego, żeby nie przewrócić oczami. — Zdaję sobie sprawę, że fiorzy mają organizmy takie, a nie inne, ale to jest przesada.

— Dobra. Zrozumiałam — warknęła Ignea, nabijając na widelec kilkanaście liści jakichś podejrzanych roślin i wkładając je do ust. Oczy zaszły jej łzami, kiedy poczuła, że między nimi musiał być kawałek papryczki chilli. Odczekała chwilę, po czym z trudem połknęła całość, nawet nie przeżuwając. — Ała. Ostre.

— Zanim się coś zje, to najpierw się to gryzie — podpowiedział jej Kayl, ale zamilkł natychmiast, kiedy kuzynka spiorunowała go wzrokiem. Skulił ramiona i dodał cicho pod nosem: — Ja chciałem tylko pomóc.

Siedzący naprzeciwko Ignei Thin parsknął cicho, prawie wypluwając swoje jedzenie. Wyraźnie on także wątpił w dobre intencje młodszego brata. Ignea oparła głowę na ręce i przyjrzała się jedenastu diablikom, każdemu po kolei. Zajęli dosłownie całą prawą stronę stołu, w związku z czym gościom pozostała tylko lewa. U szczytu stołu usiadła oczywiście ciocia Lizia, za to wujek Koel musiał zadowolić się miejscem po drugiej stronie. Ignea siedziała tuż obok niego, co niezbyt jej się podobało, chociaż drugi jej sąsiad był bardziej irytujący. Jako przyzwyczajony do luksusów, Ariv oczywiście musiał ciągle wyrażać swoje niezadowolenie. A to, że krzesełko jest niewygodne, a to, że ma za mało mięsa w daniu i inne dyrdymały. Miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by nie mówić tego wszystkiego na głos, tylko mamrotał wszystkie te uwagi pod nosem. Niemniej one wszystkie wędrowały do uszu Ignei i strasznie ją drażniły. Tak bardzo, że kiedy Ariv położył rękę na stole, prawie wbiła mu w nią trzymany nóż. Od tamtej pory starał się ograniczać narzekanie.

— Mamy w domu kilka wolnych pokoi — znów odezwał się wujek, zwracając uwagę Ignei. — Chyba że wolisz nadal nocować w warsztacie Thina, chociaż tamto miejsce jednak trudno nazwać domem.

— A właśnie, że łatwo! — odezwał się Thin, ale jego głos został zignorowany.

— To znaczy? — zapytała Ignea, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi.

— Musisz mieć gdzie mieszkać — odpowiedział z pewnym smutkiem wujek. — Przykro mi to mówić, ale do Miasta Kwiatów raczej w najbliższym czasie nikt nie będzie w stanie wrócić. Zwłaszcza że mój brat...

— Płynę do Evvany — przerwała mu Ignea, zanim zdążył dokończyć to zdanie i dobić ją jeszcze bardziej. Jeśli znów by nad tym zaczęła myśleć, na samych okropnych przemyśleniach by się nie skończyło. — Za dwa dni.

— Do... Do Evvany?

Przy stole zrobiło się zupełnie cicho i wszyscy zwrócili się w stronę Koela, który momentalnie pobladł, a jego głos zmienił się w pisk. W tym akurat był bardzo podobny do swojego brata — chociaż wszystkie inne emocje trzymał na wodzy, gdy coś naprawdę go przeraziło, nie umiał tego ukryć.

— Tak, do Evvany — powtórzyła Ignea z naciskiem na nazwę.

— Nie. Nie, nie, nie, kategorycznie nie! — zaprotestował wujek, coraz zacieklej kręcąc głową. — Skąd w ogóle ci to przyszło do głowy? Wyjeżdżać nagle na drugi koniec świata?! Rozumiem, że możesz czuć żal, złość, nawet więcej... ale żeby od razu takie pomysły?!

— To nie jest jakiś głupi pomysł, na który sobie wpadłam, bo wpadłam w depresję! — warknęła Ignea, z trudem powstrzymując się, żeby zerwać się ze swojego miejsca. — Chcę tam popłynąć, bo jest tam ktoś, kto może mnie nauczyć tej głupie kontroli nad głupią mocą! No, chyba że wujek również jest wielkim i wspaniałym mistrzem, który dzięki pstryknięciu palcami potrafi zamienić się w smoka. I nikomu tego nie mówi.

Czekała na jakiś znak. Drgnięcie powieki. Nerwowe spojrzenie. Może wyrzuty sumienia odmalowujące się na twarzy. Ale niczego takiego się nie doczekała, pojawiło się za to zamyślenie.

— A więc chodzi o coś takiego — rzekł, odkładając sztućce i przybierając pozę myśliciela. — Niestety, cały talent rodzinny w tym względzie przeszedł na Avetha, dla mnie nie zostało tego ani trochę. W każdym razie teraz niestety, patrząc na to, ile miał z tym problemów...

— JA też mam z tym teraz problemy — zauważyła Ignea z niechęcią. — Dlatego właśnie popłynę na Evvanę i znajdę sobie nauczyciela. Nauczycielkę, tak właściwie.

— Wiesz w ogóle, kogo powinnaś szukać? — zdziwił się wujek. Wyglądał, jakby ze wszystkich sił chciał protestować, ale na razie nie znalazł do tego porządnych argumentów. Ignea pokiwała głową.

— Wiem. Z... pewnego źródła — powiedziała, w ostatniej chwili powstrzymując się od zdradzenia, OD KOGO właściwie to wie. Gdyby oznajmiła, że to duch jakiegoś przodka jej pomógł w ułożeniu tego planu, wujek z całą pewnością by zaprotestował i jeszcze zamknął ją w jakimś pokoju na klucz. Do czego w sumie miał prawo, jeśliby na to spojrzeć z odpowiedniej strony. Dlatego właśnie musiała go przekonać. — Pewien pomocny znajomy mi kogoś polecił. Znasz może osobę o imieniu Kserilline?

Musiał znać, bo jego dłoń zacisnęła się w pięść, a w oczach zatańczyły iskierki sprzeciwu. Ignea pamiętała, co Otten powiedział o swojej siostrze — że nie była ona zbyt miłą czy przyjacielską osobą, ale z rodziną mniej więcej się dogadywała. Jeśli jednak kiedykolwiek wujek z nią rozmawiał, raczej nie była to radosna pogawędka.

— Xerę? — wypluł z siebie, jakby to słowo było jakąś trucizną. A potem wrócił do kręcenia głową. — O nie moja droga, tym bardziej nigdzie nie płyniesz. Xera jest najbardziej destrukcyjną osobą, jaką znał ten świat.

— Według ksiąg — postanowił wtrącić się Rever, żeby jak zwykle popisać się swoją wiedzą. W takich właśnie chwilach było widać, że ksywka „Wszechwiedzący" pasuje do niego idealnie — Kserilline Alieaster wśród mieszkańców miast przybrzeżnych Evvany, jest traktowana niemalże jak bogini i wielokrotnie wymieniana w dziełach tamtejszych artystów. Podobno ocaliła setki istnień w trakcie wielu katastrof, jak i wojen. Kilku z nich nawet zapobiegła. Trochę trudno uznać taką osobę za destrukcyjną.

— W księgach to i ja bym mógł sobie coś zapisać — odpowiedział mu Koel, ale to nijak nie zraziło Revera, który wyprostował się na swoim siedzeniu i wbił poważny wzrok w dorosłego. — To, co przeczytałeś, pochodzi zapewne sprzed stu lat, jeśli tylko sprzed tylu. Xera jest osobą dość starą jak na standardy normalnych fiorów. Ba, jakichkolwiek żywych i myślących istot, co nie zmienia faktu, że wciąż zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka.

— A więc ją ZNASZ — podsumowała Ignea.

— Znałem. Miałem nieprzyjemność spotkać się z nią jakiś czas temu — przyznał wujek, mrużąc swoje brązowe oczy i spoglądając już na Igneę, ale przed siebie, w przestrzeń. — Nabluzgała na mnie, tak, że nigdy w życiu wszystkich tych słów nie powtórzę, choćbym nawet je pamiętał, a potem odwróciła się i odleciała. Już nawet nie mówiąc o tym, że nawet się nie przywitała ze mną, nie przedstawiła, ani nic z tych rzeczy. Musiałem zgadywać, kim właściwie jest, chociaż to nie było takie trudne.

— A co to ma do destrukcyjności? Też nie jestem zbyt miła, ale nie aż tak, że destrukcyjna.

— Dyktatura wprowadzona na kontynencie, gdzie coś takiego jak prawo czy polityka nie miało nigdy wcześniej prawa bytu? — powiedział, a Ignea zamrugała i już chciała mu wytknąć okropną zmianę tematu, ale on jeszcze nie skończył. — To brzmi dokładnie jak jej pomysł. Biorąc pod uwagę, że przez setki lat wychowywała się na tamtym kontynencie i zdążyła poznać mentalność wszystkich jego mieszkańców... Takiej osobie nietrudno byłoby zdobyć wielu popleczników podporządkowanych sobie i ogłosić się panią oraz władczynią ich wszystkich.

— Dyktatura czy nie, ja muszę się tego nauczyć! — oburzyła się Ignea i jakby na podkreślenie jej słów kilka jej włosów zmieniło się w białe pióra. Kiedy rano się obudziła, zamiast jednej z dłoni miała ptasią nogę. Najgorsze w tym było, że właściwie nie czuła, kiedy się zmienia. To po prostu się działo, bez żadnej jej wiedzy. — Widzisz? Przecież nie mogę tak przez cały czas! Pójdę na jakąś ważną rozmowę, a tu nagle zamiast Ignei nagle pojawi się Tak'Trik w płaszczu przeciwdeszczowym!

— Wybieranie się na drugi koniec świata, żeby spotkać się z osobą potencjalnie niebezpieczną, której zupełnie nie znasz i która zapewne ci nie pomoże, jest skrajną głupotą — stwierdził surowym tonem wujek, a jego głos wyraźnie mówił, że chce skończyć tę rozmowę.

— Oczywiście. Bo zostawanie tutaj i niepanowanie nad własną osobą jest o wiele bardziej logiczne! Bo przecież ty możesz mnie nauczyć, prawda? Nie, wcale nie prawda! Może jeszcze mam się sama tego nauczyć? Tak by było pewnie najlepiej, kogo obchodzi to, że nie umiem się sama uczyć!

— Znajomy mag...

— Magowie tutaj nijak nie pomogą! Pomijając nawet fakt, że ich nie cierpię! Ethereal próbował się zadawać z magiem i jakże wspaniale skończył! — Podniosła się gwałtownie ze swojego miejsca, cała drżąc. Dlaczego w ogóle zaczęła tę rozmowę? Przecież wcale nie chciała o tym rozmawiać.

— Wybranie się niemal samotnie na drugą stronę świata jest za to równie doskonałą drogą do śmierci.

— A może ja właśnie tego chcę! — krzyknęła ze złością Ignea, uderzając pięściami w stół. Oczy zaszły jej łzami, a ona nawet nie próbowała ich powstrzymać. Wpatrywała się cały czas w wujka. Jego twarz wyrażała smutek, ale nie obchodziło jej to. — Może chcę, żeby chociaż jedna głupia rzecz była taka, jak kiedyś!

Nie spojrzała więcej na nikogo. Po prostu odwróciła się, odsunęła od siebie krzesło i wybiegła. Słyszała, jak ja wołają, ale w tej chwili miała to zupełnie gdzieś. Na dworze nadal padało, ale nie zapięła się, nie założyła nadal kaptura, po prostu biegła przed siebie, wpadając w kałuże i zataczając się jak pijana. Jej ubranie niemal natychmiast przesiąknęło wodą, włosy zaczęły jej się przyklejać do twarzy, ale tym również się nie przejmowała. W tej chwili nic jej nie obchodziło, poza tą jedną myślą, żeby uciec jak najdalej, żeby już nigdy nie mierzyć się z rodziną, ze znajomymi, z własnymi zabójczymi myślami.

Świat był niesprawiedliwy. Okropny. Nienawidziła go i miała go zupełnie dość. Jeśli istnieli jacyś bogowie, czy to Twórcy, Siostry Gwiazd czy jacyś inni o równie bzdurnych nazwach... kim musieli być, żeby stworzyć coś takiego? Potworami. Nie, nie potworami, o wiele gorzej. Istotami bez serc, lodowymi i okrutnymi, które snują losy żyjących tylko po to, żeby się zabawić. Zająć czymś poza trwaniem w wiecznej pustce, w której się urodzili.

Zamachała rozpaczliwie białymi skrzydłami i wzbiła się w powietrze, odrywając swoje marne stopy od podłoża. Mała i bezbronna jak zawsze. Te głupie skrzydła nie uratowały ojca. Te marne ręce nie były w stanie pomóc bratu. Jaki miałby być z niej pożytek? Może kiedyś mogłaby komuś pomóc. Może dzięki niej ktoś mógłby nie przechodzić przez takie załamanie nerwowe, jakiego ona właśnie doświadczała. Może dzięki niej inni nie musieliby żyć samotnie. Ale niby jak miałaby im wszystkim pomóc, skoro nie potrafiła nawet poradzić sobie z samą sobą?

Latanie pośród deszczu nie było zbyt mądrą rzeczą. Niemal natychmiast upadła znów na chodnik i znów przybrała postać fiora. Podniosła się niezdarnie i znów ruszyła, nie przejmując się bólem w nogach czy podejrzanym dudnieniem w głowie. Zrzuciła z siebie deszczówkę i zostawiła ją gdzieś na drodze.

„Nea, czy ty aby trochę nie przesadzasz? Może i lubimy zimno, ale też możemy się przeziębić, wiesz?". Potrząsnęła głową, kiedy zaraz po słowach rozległ się śmiech. Trochę zgrzytliwy i strasznie irytujący. Nie potrzebowała w tej chwili sobie tego przypominać. Biegła przed siebie, czując deszcz na twarzy, na dłoniach, na odsłoniętych rękach. Mokre ubranie znacznie utrudniało jej ruch, ale nie poddawała się. Ostatnie czego chciała, to zmaganie się ze wspomnieniami.

Cztery długie i zwinne łapy. Znów zmieniła się zupełnie wbrew swojej woli. Jej sierść była pozlepiana, a deszcz drażnił ją o wiele bardziej niż jeszcze chwilę wcześniej. Za to jej wzrok... do tej pory podejrzewała, że ma naprawdę genialny wzrok, ale dopiero taka zmiana uświadomiła jej, jak bardzo się myliła. W świetle lamp ulicznych krople lśniły niezwykle, jakby były małymi, idealnymi kryształkami, sączącymi się z nieba.

Nie zatrzymała się, by się temu przyglądać. Dotarła wreszcie na skraj miasta i wystraszyła dwójkę skrzydlatych strażników, którzy pełnili wartę na ziemi, co zapewne spowodowane było pogodą. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy zatrzymać ogromnego wilczura, który w mieście wziął się właściwie znikąd. Za to Ignea sama się zatrzymała, wpatrując się w pobliski las i dysząc ciężko.

Nienawidziła biegać.

— Jak na kogoś, kto nie lubi biegać, strasznie szybko uciekasz przed problemami — podsumował ktoś, a ona nawet nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć, kto to zrobił. To było niemożliwe, ale mimo tam stał.

„To tylko mi się śni".

— Masz zupełną rację, Nea — przyznał Ethereal, kiwając ponuro głową, a potem podał jej dłoń i pomógł wstać z czterech łap. Po raz kolejny znowu była sobą. — To tylko jeden z tych głupich snów, które się ma, kiedy złapie się gorączkę. Dlatego właśnie nie powinno się biegać jak skończony idiota w czasie deszczu, na dodatek bez jakiegokolwiek okrycia.

— Skoro to jest sen... to dlaczego jest taki rzeczywisty? Sny nie są takie! — wytknęła mu, przybierając buntowniczą pozę. Cała trzęsła się z zimna. Nie powinna trząść się z zimna, jeśli cała ta scena była tylko wytworem jej wyobraźni.

— Tak bardzo przeżywasz wszystko, że twój umysł jakoś musi sobie z tym radzić, tworzy więc strasznie realistyczne wizualizacje, żeby nie doprowadzić do autodestrukcji — stwierdził naukowym tonem brat, po czym podszedł do niej i po prostu ją przytulił. Zwykle, gdy robił takie rzeczy, zwyczajnie go odpychała, bo nie lubiła kontaktu fizycznego z kimkolwiek. Dopiero w trakcie snu zdała sobie sprawę, jak bardzo jej tego brakowało.

— Dlaczego to wszystko musiało się stać? — zapytała, wycierając łzy o jego marynarkę. Dobrze było mieć chociaż tę jedną chwilę, nawet jeśli była tylko jednym z wielu chorych wytworów jej wyobraźni. — I dlaczego tak szybko? To jest niesprawiedliwe.

— Świat nigdy nie był sprawiedliwy, siostruś. I nigdy nie będzie — rzekł znów tym samym pogrzebowym tonem i poklepał ją pocieszająco po plecach. — Ale to wcale nie znaczy, że mamy się nie starać, żeby nie stał się lepszy, prawda? Ale wiesz co, ta wizja nie jest tak całkowicie twoja.

— Co? — zapytała zdezorientowana, nieco się od niego odsuwając. Położył jej dłonie na ramionach i przykucnął, żeby ich twarze znalazły się na tym samym poziomie.

— Nea, teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. Bardzo, bardzo uważnie. Nastaw te swoje wielkie uszy na słuchanie tylko i wyłącznie mnie. Nie wszystko jest takie, jak ci się wydaje. Podważ sobie wszystko, co widzisz, słyszysz, czujesz, odbierasz jakimkolwiek zmysłem. Rozważ wszystko. Dokładnie i absolutnie wszystko. Bo gdzieś, w tym całym szaleństwie, są błędy. Może na pierwszy rzut oka niezauważalne, ale bardzo istotne.

— Kiedy ja... — chciała mu przerwać, ale on pokręcił gwałtownie głową.

— Nie, Ignea. Teraz ja mówię. Wszystko. Musisz sprawdzić wszystko, bo coś w tym wszystkim jest nie tak, jak powinno być, chociaż tego nie widać. Płyń na Evvanę, jeśli chcesz. Naucz się zmiennokształtności i ratuj świat, jeśli tego właśnie pragniesz. Ale po drodze sprawdź wszystko, co się wydarzyło i co się wydarzy. Bo tam są błędy.

— Jakie błędy? Czym ty jesteś? Snem? Wizją? Duchem?

— A czym od siebie różnią się te rzeczy? — zapytał z pewnym rozbawieniem, podnosząc się i poprawiając rękawy. — Wszystkie one są jednym i tym samym. Na tym właśnie polega cała sztuczka, Nea. Nie ma czegoś takiego jak wizje. Są tylko sny.

— Czekaj! — krzyknęła, kiedy odwrócił się, żeby odejść. Spojrzał na nią jeszcze przez ramię, unosząc brwi w niemym pytaniu. — Nie idź jeszcze! Proszę!

— Och, Nea, kiedy ja sobie nie idę. Przecież moje sarkastyczne uwagi nadal co jakiś czas odbijają ci się echem w głowie, mam rację? No więc uznaj je za moją obecność, bo właśnie nią są, czyż nie mam racji? Tylko pamiętaj: podważaj wszystko. Przyjrzyj się wszystkiemu. Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Ach, no i jeszcze jedna rzecz — dodał, uśmiechając się i pokazując swoje białe zęby. — To wszystko kategorycznie nie jest twoją winą. Kocham cię i nic tego nie zmieni. Więc może przestań się tym wszystkim zadręczać.

Ignea powoli otworzyła oczy. To faktycznie był tylko sen i przez chwilę zrobiło jej się z tego powodu smutno. To wciąż była prawda i jej brat nie żył. Ale jednocześnie, kiedy dosłownie chwilę temu go widziała, wydawał się taki prawdziwy i radosny, pełen ciepła, zupełnie nie jak trup. Wizja z udziałem ducha.

— Obudziłaś się — odezwał się Thin, a ona dopiero wtedy zdawała sobie sprawę, że jest w pomieszczeniu. Ba, dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że sama się w jakimś pomieszczeniu znajduje, chociaż przecież wybiegła na zewnątrz, w ten cały chłód i ulewę, które jeszcze panowały na zewnątrz. Nadal była mokra i zziębnięta, więc jej dziwy sen musiał być dosyć krótki. — Wiesz, to przedstawienie, które odstawiłaś... było chyba lekką przesadą. Nie uważasz? Taty chyba nikt nigdy tak bardzo nie wyprowadził z równowagi. Niemniej... zgodził się na tę twoją wydumaną podróż.

— Naprawdę? — Ignea miała ochotę ze zdziwienia zerwać się z łóżka, ale nie miała na to siły, więc powstrzymała się. Ostatnie czego teraz chciała, to jeszcze bardziej się zmęczyć. Powinna się uspokoić. Wcześniej też często dawała ponieść się swoim emocjom, ale ostatnio zdecydowanie przesadzała. A chwilę po tej myśli, pojawiła się też inna: Ethereal przecież mówił jej kiedyś coś podobnego. Wcale nie tak dawno.

— Oczywiście, pod pewnymi warunkami — dodał Thin surowym tonem, a jego ogon zamachał wesoło nad jego głowę. On chyba naprawdę posiadał jakąś swoją własną wolę. — Chciał sam ci je przekazać, ale biorąc pod uwagę twoje ostatnie zbzikowanie... ekhem... to znaczy, twój stan zdrowia — poprawił się szybko, ale na Ignei i tak nie przeszkadzało poprzednie pojęcie — uznaliśmy wszyscy razem zgodnie, że lepiej będzie, jeśli ja to zrobię. Jestem chwilowo jedną z nielicznych osób, w których obecności się zawahasz i zastanowisz, zanim zaatakujesz.

— Pewnie, bo jestem jak dziki zwierz, niemyślący nad tym, co robi — powiedziała, jednak bez ani śladu sarkazmu czy ironii w słowach, których tak często używała. Westchnęła i z pewnym trudem podniosła się do pozycji siedzącej. — Ja naprawdę... mam tego wszystkiego serdecznie dość. Czasem czuję się normalnie, a chwilę później mam ochotę rozszarpać każdego, kto mi stanie na drodze.

— Jak zawsze twierdziłem, kiedy fiorzy przeżywają żałobę, to im odbija — odpowiedział jej diablik z pewnym zadowoleniem. Nawet na niego nie spojrzała. — Minie ci. Tylko musisz przestać o tym myśleć w kółko i w kółko, i ciągle o tym samym. Patrząc na to z tej strony, wycieczka na Evvanę byłaby dobrym pomysłem.

— Przecież nie chcę tam jechać na wakacje!

— No a ja przecież to wiem. Wyłożyłaś to już wystarczająco wyraźnie, żeby każdy zrozumiał — oświadczył Thin, a Ignea z jakiegoś powodu nagle poczuła się zawstydzona, chociaż sama nie wiedziała do końca dlaczego. — W każdym razie, jak już wspominałem, są warunki, jeśli chcesz naprawdę płynąć na Evvanę. Po pierwsze to sama załatwiasz sobie transport i sama za niego płacisz.

— To możesz odhaczyć na liście, jeśli jakąś masz — prychnęła dziewczyna, układając sobie poduszkę pod plecami. Jakkolwiek by jednak jej nie ułożyła, ta nadal była niewygodna. Głupia poduszka. — Poza tym chyba to wiesz. Byłam już dzisiaj na Upadku, wiesz, tym statku i zgodzili się mnie przewieźć. Zgodziła się. Kimkolwiek nie była.

— Rozmawiałaś z osobą, której nie znałaś nawet imienia? — zdziwił się Thin i spojrzał na nią jak na wariatkę. Pokiwała głową. Musiał ugryźć się w język, inaczej zapewne od razu usłyszałaby długi wykład o ostrożności. Przez chwilę trwał w ciszy, po czym kontynuował: — Dobrze. Twoja sprawa, nie wnikam. Drugi warunek jest taki, że masz wrócić za trzy miesiące. Możesz wcześniej, ale na pewno nie później. I wracasz do Miasta Statków.

— Czyli w samej Evvanie spędzę mniej więcej miesiąc — podsumowała Ignea. Przez chwilę się nad tym zastanawiała, ale to był jeden z tych warunków, których podważyć się za bardzo nie dało. Jak na wujka Koela, to i tak było strasznie dużo czasu. — Dobrze, a trzeci? Powiedziałeś to wszystko tak, jakby był jeszcze przynajmniej jeden.

— Nie płyniesz sama — dokończył Thin i poruszył dłońmi, jakby chciał je złożyć do modlitwy, ale powstrzymał się w ostatniej chwili i wrócił nimi na oparcia swojego wózka.

— No oczywiście, że nie płynę. Nie słyszałeś, jak się Theryferowie zaoferowali? Dwóch, ale założę się, że Ariv też się przyłączy. Nawet jeśli czasem bywa irytujący, to jest przydatny i w sumie niezły z niego przyjaciel.

— Nie w tym sensie „sama" — postanowił sprostować kuzyn, a ona spojrzała na niego z pewnym zdziwieniem, nie rozumiejąc chwilowo jego słów. Odchrząknął. — Widzisz, banda nastolatków to nadal banda dzieciaków, tak w każdym razie tata się wyraził... Dass z tobą popłynie.

Ignea zakrztusiła się powietrzem.

— Że co?! Że Dassan O'yn?! Ta zmora? Powiedz, że to żart!

— Niestety, tak się ma prawda — odpowiedział grobowym tonem Thin, również niezadowolony z tego faktu. — Oczywiście, biorąc pod uwagę jego zdolności, a także poczucie obowiązku, jest to najbardziej odpowiedni wybór...

— Mam gdzieś, jak odpowiedni to jest wybór pod tym względem! Ten dekiel kiedyś o mało nie skrócił mnie o głowę, bo mu się nudziło!

— Wszyscy nadal o tym pamiętamy, jednak osoby się zmieniają, dojrzewają, dorośleją, zaczynają rozumieć swoje błędy...

— Nie zamierzam się prowadzać z O'ynem! Nawet jeśli ma być jakąś bzdurną niańką! Już wolałabym znów chodzić z Arivem, niż spotykać się kiedykolwiek i jakkolwiek z tym dupkiem!

— Z Arivem? — Thin szybko wykorzystał jej słowa, żeby zmienić temat. Zmrużyła oczy. — Myślałem, że on jest tylko „przyjacielem". Chodziłaś z nim kiedyś? No wiesz, jako „para". Nigdy o tym nie mówiłaś!

— Bo nie ma o czym gadać! Założyłam się kiedyś o coś z kolegami, nawet nie pamiętam o co, a że przegrałam, to musiałam się z nim umówić. Ugh. Pochodziliśmy trochę jako para, poznaliśmy się, a potem on ze mną zerwał, używając tych oklepanych słów: „zostańmy przyjaciółmi". — Przy tym wyrażeniu nakreśliła palcami cudzysłów w powietrzu. — No to zostaliśmy przyjaciółmi. I ZOSTAJEMY nimi w dalszym ciągu.

— Ale ty wiesz, że tych słów się używa, żeby kogoś zbyć, a nie żeby naprawdę zostać jeszcze przyjaciółmi, prawda?

— Dziękuję ci, drogi kuzynie, że tak bardzo wierzysz w mą inteligencję. Może nie znam się jakoś super dobrze na tych twoich komputerach, ale mam jeszcze swój mózg! Oczywiście że wiem, do czego służy to bzdurne powiedzenie, czy co to właściwie jest. Sęk w tym, że ja nie byłam tak bardzo zainteresowana nim, a on mną, żeby cokolwiek oprócz bzdurnej nazwy „para" miało się zmienić. On chciał lecieć do następnej. Wtedy to chyba była Feyia. Albo Rail. Nie pamiętam, one zawsze mi się myliły. A ja miałam go dość, bo jako „mój chłopak" chciał być cały czas blisko, a chociaż potrafię go znieść, kiedy z nim rozmawiam, znoszenie go przez cały dzień jest katorgą. Jeszcze trochę i bym go stłukła, po czym sama z nim zerwała, ale zrobił to szybciej. Czemu właściwie gadamy o moim byłym związku?! — wybuchnęła nagle, a Thin ryknął śmiechem, odchylając głowę do tyłu. Nie rozumiała, co go tak bawiło. — Mam wyruszyć z Dassanem, który na drugie imię ma Chodząca Katastrofa, za ocean, a my rozmawiamy o Ariventisie! Dlaczego akurat Dassan?! Czemu to nie mógł być na przykład Fyn? On jest normalniejszy. Albo Roou? Dlaczego to musiał być ten skończony debil?

— Cała reszta rodzinki ma pracę. O czym zresztą wiesz, widziałaś ich kiedyś przy akcji. Nie mogą sobie wziąć ot tak wolnego i na trzy miesiące wypłynąć na zupełnie inny kontynent, nawet jeśli bardzo cię kochają, jako przyszywaną kuzynkę. Tak się na to mówi, nie? Jak jest przyszywane rodzeństwo, to kuzynostwo chyba też...

— Bogowie, dlaczego?! — krzyknęła Ignea, sięgając wzrokiem ku sufitowi. — Ale dobra, zgadzam się na to. Z niechęcią, ale się zgadzam. Przy najbliższej nadarzającej okazji wypchnę go za burtę.

— Tego lepiej tacie nie powtarzaj — zaproponował jej Thin, a ona kiwnęła głową. Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek. — Chociaż nie ukrywam, że sam bym coś takiego z chęcią zrobił. Ciekawe czy ten buc w ogóle umie pływać. Tak się wszystkim chwali...

— To, co puste i tak unosi się na powierzchni.

— Mimo wszystko to jego ego mogłoby go pociągnąć na dno.

— Zwłaszcza że zawsze przy sobie nosi z dwie tony tego całego żelastwa i pławi się w nim jak jakiś napuszony paw. Po co facetowi w jego wieku sto łańcuchów zawieszonych na szyi?

— Musi czymś zwracać na siebie uwagę kobiet, zwłaszcza że zarówno z wyglądem, jak i z charakterem u niego krucho.

— Jesteś wrednym, małym diablikiem, Thinervisie — wytknęła mu żartobliwie Ignea, posyłając mu uśmieszek, a on odpowiedział tym samym.

— Za to ty jesteś wrednym i naprawdę tycim potworkiem, Igneo Questo. Powinnaś sobie odpocząć — dodał jeszcze, odpychając się ogonem od ściany i okrążając wózkiem łóżko. Radził sobie z trudem, ale jednak sobie radził. — Jutro będzie ten cały bałagan z pakowaniem się i tym podobne, skoro wypływasz z samego rana, więc musisz się przygotować na to wszystko. Słodkich snów.

— Czekaj... skąd ty wiesz, że statek wypływa pojutrze z samego rana? Nikomu tego nie powiedziałam! Tylko że za dwa dni, ale nie, że z rana! Równie dobrze mógłby odpłynąć wieczorem!

— Jeden z twoich kolegów za dużo gada.

— A to konfident! Można się było domyślić, że będą z nim problemy!

— Śpij już, zamiast nad tym rozmyślać, dobrze?

I wyjechał z pokoju, zamykając za sobą drzwi również z pomocą ogona. Gdyby go nie miał, faktycznie mógłby mieć bardzo utrudnione życie. Ignea znów się położyła, ale słowa kuzyna przypomniały jej o śnie.

Rozmyślanie. Rozważanie. Podważanie. Analizowanie. Wszystkiego. Wszystko, co widzi, słyszy, czuje, powinna nad tym wszystkim pomyśleć. Ponieważ coś tam nie pasowało. Zmarszczyła brwi. Kompletnie tego nie rozumiała. Co miało nie pasować i dlaczego właściwie? Dla niej wszystko pasowało, nawet jeśli było okropne, nie do zniesienia, nie do uwierzenia, nie do przyjęcia... ale może właśnie o to chodziło. Czyżby spoglądała na świat zbyt ogólnikowo i nie widziała czegoś ważnego?

„Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje".

A może to był po prostu głupi sen. Przecież kiedyś we śnie lekarz wmówił jej, że jest śmiertelnie chora i przez cały tydzień zachowywała się, jakby tak naprawdę było, do czasu kiedy ojciec w końcu nie zaciągnął jej do prawdziwego lekarza, który postawił prostą diagnozę: wszystko było w porządku, to tylko zbyt wybujała wyobraźnia i nic więcej. Ethereal trochę się nawet potem z tego nabijał. Ale przecież to tym razem ON pojawił się we śnie. On nigdy nie pojawiał się we śnie, żeby zrobić coś więcej, żeby ponarzekać tym swoim irytującym głosem.

Przewróciła się na bok i wyłączyła lampkę stojącą na szafce. Thin miał rację, dość już się nawymyślała tego dnia. Nie za wiele dobrego z tego wynikło, o ile w ogóle było w tym coś dobrego. Teraz potrzebowała odpoczynku, następnym razem zacznie się zastanawiać nad zawiłościami niesprawiedliwego świata.